Z autorami raportu „Narodziny dyskursu doskonałości naukowej z ducha terapii szokowej” rozmawia Ewa Konarzewska-Michalak.
Gratuluję państwu raportu. Byłam zaskoczona, że Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego zdecydowało się sfinansować takie badania. Jak do tego doszło?
Prof. UAM Krystian Szadkowski z Wydziału Filozoficznego: - Historia zaczyna się w Poznaniu od protestów studenckich i okupacyjnych w Jowicie. To był moment, w którym ministerstwo zaczęło widzieć aktywność studentów i ich słuchać. W kwietniu na konferencji zorganizowanej przez studentów na Uniwersytecie Warszawskim rozmawiałem z ówczesnym wiceministrem Maciejem Gdulą. Powiedziałem, że prowadzę na UAM projekt o przemianach polskiej nauki po 1989 r., zwracając uwagę na słabo rozpoznane dyskursy lat 90. oraz los akademików i stołówek studenckich. Kluczem wyjaśniającym dla badania tych zmian mogłoby być przyjrzenie się konsekwencjom terapii szokowej. Jej konsekwencje w nauce i szkolnictwie wyższym do tej pory nie stały się obiektem zainteresowania. Wiceminister zareagował bardzo pozytywnie i zasugerował, żebym napisał propozycję badań, które ministerstwo mogłoby sfinansować. Kiedy rozpoczęliśmy projekt, zmieniły się władze ministerstwa. Kolejna ekipa zorientowała się w tym, że takie zadanie jest realizowane, dopiero wtedy, kiedy wydaliśmy raport.
Czy państwa badania były możliwe dzięki temu, że ministerstwem zarządza lewica?
K.S: Zdecydowanie tak, choć potrafię sobie wyobrazić szczere zainteresowanie historią nauki okresu transformacji ze strony ministerstwa, które byłoby zarządzane przez Prawo i Sprawiedliwość. Pewnie w innym kluczu i w inny sposób. Widzimy, że odkąd Nowa Lewica zarządza ministerstwem, narracja dotycząca planów, reform, priorytetów w systemie istotnie się zmienia. Jednocześnie jest ona najsłabszym elementem koalicji, a ministerstwo przez nią zarządzane ma niestety najniższy priorytet. Nie znaczy to jednak, że niemożliwe są pozytywne rzeczy o małym znaczeniu.
Powiedział pan, że po 1989 r. zgodnie odrzucono traktowanie nauki jako ważnego sektora w państwie, czego konsekwencją jest to, że nauka jest niedofinansowana od prawie 40 lat. Jednocześnie zbudowano narrację wokół doskonałości naukowej. Ta narracja przeszła trzy stopnie rozwoju. Jakie?
Dr Jakub Krzeski z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu:
Wyróżniliśmy trzy okresy skupione wokół przewodniczących Komitetu Badań Naukowych, czyli organu, który de facto zarządzał polską nauką w latach 90. Każda z tych kadencji wyznacza specyficzny etap kształtowania się dyskursu. Pomysły reformowania nauki pojawiły się w obozie solidarnościowym i wyrosły z silnej krytyki komunistycznej nauki podporządkowanej aparatowi partyjnemu. Pierwszemu przewodniczącemu KBN, prof. Witoldowi Karczewskiemu, przyszło zrobić pierwszy krok na drodze transformacji nauki na wzór krajów zachodnich. Jego entuzjazm szybko zderzył się z kryzysem finansów publicznych. Jego reforma opierała się na konsekwentnym zmniejszaniu finansowania podmiotowego przy coraz większym udziale finansowania przedmiotowego. Dziedzictwem KBN-u są granty. Plan okazał się problematyczny, bo najlepsi, którzy mieli być beneficjentami zmieniającego się układu finansowego, również byli zagrożeni. Wtedy zaczęło się lawirowanie, by uratować rdzeń reform, przy jednoczesnej politycznej marginalizacji nauki.
Olga Łojewska ze Szkoły Doktorskiej Nauk Humanistycznych UAM: - W drugim etapie na czele KBN-u stał Aleksander Łuczak, aktywny polityk, co wywołuje protesty. Jednocześnie pojawiła się nadzieja, bardzo szybko rozwiana, że uda mu się przemówić do innych polityków, by priorytetyzacja sfery nauki okazała się czymś faktycznym. Za jego kadencji toczyła się bardzo ważna debata sejmowa o stanie polskiej nauki. Choć jej faktyczne rezultaty są dość rozczarowujące, to formalny rezultat okazał się bezprecedensowy: sformułowanie ponad podziałami politycznymi deklaracji zwiększenia finansowania nauki do poziomu 1 proc. oraz szkolnictwa wyższego do poziomu 2 proc. PKB.
W tych latach doszło do istotnego przesunięcia. Niechęć do politycznego wyznaczania kierunków rozwoju nauki sprawiła, że bardzo chętnie zaczęto się posługiwać wskaźnikami bibliometrycznymi. Z początku był to ranking oparty na danych publikacyjnych z „Journal Citation Reports”, prowadzonego przez Instytut Filadelfijski. Abstrahując od realnego rozpoznania potrzeb i możliwości polskiej nauki, te dane pozwalały politykom mówić, że podążając za wskaźnikami, będziemy rozwijać dziedziny, które na świecie są rozwijane. Aleksander Łuczak twierdził, że jesteśmy zbyt biedni na bylejakość, i wtedy nastąpił pierwszy moment sklejenia jakości z tym, co widać w bazach bibliometrycznych. To był sprawny taktycznie ruch, który pozwalał na uniknięcie odpowiedzialności zarówno finansowej, jak i politycznej.
J.K.: W trzecim okresie, pod egidą prof. Andrzeja Wiszniewskiego, dochodzi do scementowania dwóch poprzednich – powstaje narzędzie, jakim jest parametryczna ocena jednostek naukowych. Wtedy rodzą się osławione punkty.
Temu procesowi towarzyszy troska o racjonalizowanie wydatków. Rewersem dyskursu doskonałości jest dyskurs racjonalizacji. Marzenia o modernizacji są cały czas w grze, ale szuka się środków adekwatnych do możliwości. Pojawia się fraza, do której często nawiązujemy w raporcie, czyli „szukanie sposobów bezkosztowego polepszania pozycji polskiej nauki”. Czym ono jest? Skoro nie stać nas na infrastrukturę, ściąganie talentów, inwestowanie w zespoły, możemy wykorzystać narzędzia ewaluacyjne, by zmienić priorytety publikacyjne naukowców z publikacji polskojęzycznych na obcojęzyczne.
Jednocześnie KBN rozumiał przeszkody stojące na drodze modernizacji, czyli przede wszystkim słabość struktur gospodarczych kraju. Jak rozwijać naukę w kraju, który za swoje gospodarcze ambicje ma być przysłowiową fabryką śrubek?
K.S.: Dyskusja o nauce była prowadzona z pozycji odziedziczonego po PRL-u anachronicznego przemysłu. Nikt się nie oszukiwał co do stanu gospodarki, ale mówiono, że nauka jest zasobem. Dzisiaj już nikt tak nie mówi. Zarabiamy trochę lepiej, mamy dynamicznie rozwijające się małe i średnie przedsiębiorstwa, pojawił się kapitał zagraniczny, ale zniknęły dyskusje na temat tego, co wytwarzamy, jakie miejsce zajmujemy w światowym podziale pracy. Czym jest nasz sukces? Dlaczego i czy jest w jakiś sposób skorelowany z nauką? Te pytania przestały nas interesować, a żywo interesowały współczesnych lat 90. Niestety, na wszystkie te pytania udzieliliśmy raczej złych odpowiedzi.
Zadziwia fakt, że nie dostrzegano skali inwestycji państw zachodnich w naukę. Dlaczego?
J.K.: Środowisko naukowe było tego świadome. Z dokumentów o polityce naukowej z lat 90. wynika, że sytuację transformacji traktowano jako przejściową. Sądzono, że ustabilizuje się ona na poziomie krajów rozwiniętych – przy jednoczesnym zwiększeniu podziału finansowania publicznego zmieni się proporcja finansowania prywatnego do publicznego. Nauka była na garnuszku państwa. Problem w tym, że na nim pozostała.
K.S.: Jakie miejsce dla nauki mieli politycy transformujący kraj? W KBN-ie znajdziemy ludzi z zazwyczaj bardzo dobrą motywacją, chęcią poprawienia losu nauki. Natomiast po stronie polityków dominowała wizja, że nauka była siedliskiem homo sovieticusa, jak mówił Leszek Balcerowicz w 1996 r. Należało ten socjalistyczny odpad zniszczyć, żeby obumarł. Niezależnie od tego, jak rzeczywiście wyglądała sytuacja, to przekonanie ciążyło na optyce polityków.
J.K.: Dodałbym, że konsekwencje zostały z nami do dzisiaj – przekonanie polityków, w którym zwiększenie finansowania uzależnia się od pokazania, że naukowcy się zmodernizowali. Czyli najpierw reformy, potem pieniądze.
K.S.: To fałszywa obietnica, która nigdy się nie dokonuje. Import technologii wydawał się tańszy niż rozwijanie jej u siebie. To była dobra krótkoterminowa strategia, która niestety stała się jedyną. Przy założeniu, że można naukę zacząć „sprzątać”, doprowadziła do sytuacji, w której dzisiaj żyjemy. Jak krótkie nogi ma tego typu myślenie, widzimy w momencie potencjalnego zagrożenia wojennego i tego, że polska zdolność do suwerennego rozwijania technologii zbrojeniowych jest niemal żadna.
Wśród autorów raportu jest również pani. Jakimi zadaniami pani się zajmowała?
O.Ł.: Przede wszystkim przeprowadzałam analizę dyskursów na podstawie transkrypcji posiedzeń komisji sejmowych z udziałem przedstawicieli KBN-u. Starałam się zrekonstruować kształtowanie się narracji doskonałości naukowej. Ponieważ sama kategoria doskonałości nie funkcjonowała jeszcze na początku lat 80., zadanie to polegało na prześledzeniu genezy tej logiki, kontekstu jej wyłaniania się oraz napięć politycznych, w których się formowała.
K.S.: Warto dodać, że zamierzeniem całego tego projektu było m.in. włączenie młodych osób w rzeczywiste prace badawcze. Pieczołowita praca Olgi pozwoliła nam znacząco przyspieszyć działania, zwłaszcza że pracowaliśmy w warunkach bardzo ograniczonego czasu przeznaczonego na zmierzenie się z tą słabo zbadaną epoką.
Z jakim odbiorem spotkała się państwa praca wśród polityków i naukowców? Wyniki badań zaprezentowali państwo w Warszawie.
K.S.: Na prezentacji była obecna pani wiceminister Karolina Zioło-Pużuk. Czekamy na spotkanie z kierownictwem ministerstwa. Entuzjastyczne reakcje zdziwiły nas, myśleliśmy, że będziemy bronić się hasłem: nie zabija się posłańca. Okazało się, że raport wypełnił lukę wyrastająca z amnezji, na którą cierpi środowisko i politycy. Nie przeznaczając pieniędzy na badanie historii najnowszej, nie możemy o niej pamiętać i kręcimy się w kole ciągle odtwarzanej teraźniejszości. Obecna ekipa Nowej Lewicy w ministerstwie życzyłaby sobie możliwości przekroczenia tych ograniczeń, natomiast czy będzie mogła to zrobić? Bardzo wątpliwie.
Dotarły do mnie głosy, że raport przeczytał m.in. dyrektor NCBiR i dyrektor Sieci Badawczej Łukasiewicz. Osią raportu jest to, w jaki sposób dyskusje o doskonałości i niedofinansowanie połączyły się w jedno. Widzę, że problemem będzie przyswojenie tej dialektycznej relacji. W ostatnim wywiadzie prezesa Fundacji na rzecz Nauki Polskiej dla „Forum Akademickiego” mamy do czynienia ze stanowiskiem, które mówi, że polska nauka jest skrajnie niedofinansowana, ale jest też chora. To znaczy, że najpierw trzeba odciąć kolejny element kancerogennego ciała, dopiero później może wydać pieniądze. Nie sądzę, żeby raport rozpoczął rewolucję.
W ramach projektu „Badanie konsekwencji «terapii szokowej» lat dziewięćdziesiątych XX wieku dla współczesnych możliwości rozwoju nauki i szkolnictwa wyższego w Polsce” powstaną jeszcze dwa inne raporty. Jakie?
K.S.: Pierwszy z nich, który ukaże się jeszcze w tym roku, dotyczy tego, w jaki sposób bezkosztowo umasowiono polskie szkolnictwo wyższe. Jak brak pieniędzy wpływał na stopniowe obumieranie nie tylko kultury studenckiej. W raporcie przywołujemy bardzo ciekawe badanie przeprowadzone przez studentów w Łodzi, Poznaniu i Warszawie o tym, jak przestały funkcjonować kluby studenckie.
Kryzys kultury studenckiej zaczął się już w latach 80., ale na początku lat 90. często mówiono: kiedyś kultura studencka była, teraz już jej nie ma. To nie do końca prawda.
Pozostałe rozdziały pokazują, w jaki sposób – poprzez skrajne niedofinansowanie uczelni – instytucje stopniowo zdejmowały z siebie odpowiedzialność za sferę organizacji zbiorowego żywienia i akademików. Konsekwencją tego procesu, czyli pozbawienia studentów materialnego wsparcia, było pojawienie się figury studenta-pracownika.
Pokazujemy też, jak ta figura została wytworzona w sposób programowy, co dziś utrudnia realizację różnych celów, np. idei uniwersytetu badawczego. Nie ma uniwersytetu badawczego ze studentami, którzy pracują na etatach, którzy nie mają gdzie mieszkać, bo ceny mieszkań są tak wysokie, bez dużej, dobrze dofinansowanej stołówki, która jest wspólną przestrzenią wymiany idei i doświadczeń. Te funkcje uniwersytetu badawczego zaczęto traktować jako dodatkowy koszt.
Drugi z raportów dotyczy natomiast protestów studenckich i akademickich w latach 90. Przyglądamy się im, tworząc studia przypadków, badając je również ilościowo. Budujemy w ten sposób mapę pokazującą, jak tym przemianom towarzyszyły bardzo wątłe, ale jednak, jakościowo istotne formy sprzeciwu.
Zobacz też: Rankingi są tylko narzędziem