Taksonomia to najlepszy sport na świecie

Fotografia w nagłówku
fot. Adrian Wykrota
fot. Adrian Wykrota

O pasji do roztoczy, taksonomii i gry na szkockich dudach opowiada młody akarolog Mateusz Zmudziński z Wydziału Biologii, laureat Diamentowego Grantu, w rozmowie z Ewą Konarzewską-Michalak.

Jak zaczęła się twoja przygoda z roztoczami?

Od liceum wiedziałem, że chcę być biologiem, a dokładnie zoologiem bezkręgowców czyli od tzw. robali. Na I roku studiów, na egzaminie z systematyki i filogenezy zwierząt, emerytowany już prof. Czesław Błaszak zapytał mnie, co zamierzam robić w przyszłości. Każdego, kto u niego dostanie piątkę, co jest strasznie trudno osiągnąć, zaprasza na herbatę, gdyż jest ona jego prawdziwą pasją. Mimo, że dostałem 4+, zaprosił mnie. Gdy profesor dowiedział się, że wiążę plany z biologią środowiskową i zoologią zaproponował mi spotkanie z prof. Maciejem Skorackim, najlepszym żyjącym światowym specjalistą zajmującym się roztoczami pasożytniczymi ptaków. Po kilku miesiącach przemyśleń, poczułem, że roztocze to zwierzęta mi pisane.

Profesor Błaszak musiał coś w tobie dostrzec, skoro zaprosił  na tę herbatkę.

Podobno tak, jednak ja nie uważam się za kogoś wybitnego, robię po prostu to, co lubię.

I to z jakim skutkiem – odkryłeś już 8 nowych gatunków roztoczy i jeden rodzaj!

Globalna bioróżnorodność roztoczy jest bardzo słabo poznana, w przeciwieństwie np. do owadów, z którymi każdy ma do czynienia, ponieważ na ogół są większe i łatwiej zauważalne. Nowe gatunki, a także wyższe jednostki taksonomiczne roztoczy można spotkać wokół nas. Moje odkrycia dotyczą roztoczy dudkowych, pasożytów zamieszkujących wnętrza piór ptaków. Sztylecikami przebijają ścianę dudki i wypijają płyny tkankowe swoich żywicieli. Przez kilka lat pracy pod skrzydłami prof. Skorackiego i stopniowego usamodzielniania się nabyłem doświadczenia w pracy m.in. z mikroskopem oraz preparatyką. Współpraca z nim zaowocowała kilkoma publikacjami.

Roztocze kojarzą mi się z alergią. Jak można je polubić?

Może zabrzmi to niewiarygodnie, ale ujęła mnie ich estetyka morfologii czyli wyglądu zewnętrznego. Z czasem uwrażliwiłem się na każdą szczecinkę i inne detale niedostrzegalne ludzkim okiem. Z pewnością nie są takie straszne, jakie mogłyby się wydawać, a do tego są niezwykle ciekawe.

Czytaj też: Mateusz Zmudziński - diament z Wydziału Biologii

Skąd czerpiesz materiał do badań?

Roztocze niekopalne przywozi mój promotor z różnych europejskich muzeów i kolekcji zoologicznych, ostatnio był też na Madagaskarze. Z martwych ptaków pobiera pióra zarażone roztoczami. W przypadku roztoczy kopalnych działanie tylko na własną rękę mogłoby być dużą inwestycją, bo znajdują się one w bursztynie. Na szczęście muzea i placówki badawcze udostępniają materiał do badań. Na początku studiów kupiłem sobie grudkę z inkluzją roztocza. Chciałem taką mieć odkąd pierwszy raz obejrzałem Park Jurajski. Detale morfologiczne organizmów zatopionych w bursztynie miliony lat temu zachowały się niesamowicie. Kiedy dowiedziałem się, że można składać propozycję projektu w programie Diamentowy Grant początkowo myślałem o wspomnianych pasożytach, jednak zdałem sobie sprawę, że prawdziwym wyzwaniem będzie problematyka kopalnych roztoczy.

Na czym polega twój projekt?

Grupa kopalnych roztoczy, którą będę się zajmować obejmuje tylko ok. 40 poznanych gatunków, część z nich wymaga redyskrypcji czyli ponownego wykonania opisów, ponieważ pochodzą one nawet sprzed ponad 100 lat, kiedy techniki mikroskopowe nie były tak rozwinięte jak dzisiaj. Wstępne badania bursztynu ujawniły, że mamy do czynienia z wielką różnorodnością świata roztoczy – wręcz wchodzimy w nową erę odkryć. Odkrywane są wyższe jednostki taksonomiczne, np. rodziny, nie tylko gatunki i rodzaje. Z pozyskanych środków zamierzam kupić mikroskop ze specjalnymi obiektywami oraz kamerą do dokumentacji badań. Jakiś czas temu opracowano nową metodę obróbki bursztynu, umożliwiającą badanie roztoczy pod mikroskopem, do tego celu kupię również specjalne szlifierki.

Jak widzisz swoją przyszłość?

Diamentowy Grant umożliwia skrócenie ścieżki naukowej, ponieważ można aplikować na studia doktoranckie wcześniej. Zdecydowałem, że nie skorzystam z tego przywileju, gdyż warsztat taksonomiczny dojrzewa powoli, będę jednak starał się o indywidualny tok studiów. Mam w planach odwiedzenie muzeów i kilku placówek badawczych. Uważam, że taksonomia to najlepszy sport na świecie, choć obecnie jest traktowana jako przeżytek i gałąź, której nie warto finansować. Najwięksi przyrodnicy zajmowali się opisywaniem nowych taksonów. Ktoś może powiedzieć, że to sztuka dla sztuki, jednak można na to spojrzeć jak na odkrywanie dziedzictwa przyrodniczego Ziemi. Czasem sobie żartuję, że jakby odwiedziła nas pozaziemska cywilizacja i zapytała, czy poznaliśmy całą bioróżnorodność planety to wstyd przyznać, że znamy zaledwie 10 procent.

Nazwałeś jeden z gatunków, który odkryłeś swoim nazwiskiem?

Nie, to by dopiero była pycha! Ale często nazywa się gatunki na cześć kogoś, kto wniósł duży wkład w rozwój nauki. Opisałem gatunek z nowego rodzaju Ixobrychiphilus wallacei, na cześć Alfreda Russela Wallace’a. Jego prace dotyczące teorii ewolucji razem z pracami Karola Darwina zostały zaprezentowane po raz pierwszy na posiedzeniu Towarzystwa Linneuszowskiego w Londynie. Dostałem inne, drobne finansowanie na realizacje swoich projektów właśnie z tego towarzystwa.

Wiem, że grasz na dudach. Jak zaczęła się przygoda z muzyką?

Od czasów gimnazjum interesuję się historią i kulturą brytyjską. Kiedy pierwszy raz usłyszałem dudy przeszył mnie dreszcz. Było podobnie jak z roztoczami – wiedziałem, że to jest to. Jestem samoukiem. Wielkie Dudy Szkockie to dosyć duży instrument wymagający niesamowitego przygotowania fizycznego. Do worka wdmuchujemy powietrze, które przechodząc przez piszczałki wydobywa dźwięk o natężeniu ponad 100 decybeli. Gdy gram w budynku, muszę mieć stopery w uszach, żeby nie uszkodzić sobie słuchu. Szkockie dudy przez jakiś czas były uważane za machinę wojenną – to jedyny taki instrument na świecie. Rolą dudziarza zawsze było granie dla, dlatego czasem występuję przed małym gronem. Gram w tradycyjnym stroju – kilcie. Niedawno sprowadziłem nowe dudy z Oregonu wykonane w stylu Davida Glena, znanego szkockiego rzemieślnika z XIX i początku XX wieku. To prawdopodobnie instrument do końca mojego życia, w Polsce dud szkockich się nie produkuje. Ćwiczę wieczorami w piwnicy Wydziału Biologii, tak, żeby nikomu nie przeszkadzać.

Starcza ci czasu na codzienne ćwiczenia?

Gra wymaga poświęcenia, ale kocham to robić. W Glasgow zdałem egzamin potwierdzający umiejętność gry na dudach. W przyszłym roku chcę wystartować w zawodach dudziarskich, chyba byłbym tam pierwszym Polakiem. Nie chodzi o to, by wygrać, tylko pokazać, że my też umiemy na nich grać.

Rozmowy Wydział Biologii