W grudniu 2026 r. minie 50 lat od Studenckiej Ekspedycji Etnograficznej „Afryka ’76”. Była to pierwsza i jedyna w tej skali inicjatywa naukowa studentów UAM tamtej epoki. Ekspedycja dała początek polskiej szkole etnografii afrykanistycznej. Do rozłożonych na lata efektów Ekspedycji zaliczyć można także trzy doktoraty, dwie habilitacje i jeden tytuł profesora. Jako uczestnik owej wyprawy po latach wspominam, jak do niej doszło. A że była to droga przez mękę, przekonacie się sami, czytając poniższy tekst. Ku pamięci i dla potomnych.
Nie sposób ocenić znaczenia Ekspedycji Etnograficznej „Afryka ’76” bez zarysowania kontekstu historycznego. W roku 1972, gdy zaczynaliśmy studia, szare lata epoki Gomułki były już wspomnieniem. Epoka Gierka, w swym początkowym przebłysku społeczeństwa konsumpcyjnego, zapowiadała – złudne, jak się okazało – rozluźnienie uścisku totalitarnego systemu politycznego PRL. A klaustrofobiczna noc stanu wojennego oraz kraj pustych półek, jakim wkrótce stała się Polska, były jeszcze poza naszym wyobrażeniem.
Jako dwudziestolatki z optymizmem patrzyliśmy wówczas w przyszłość. Jako grupa pokoleniowa nie dopuszczaliśmy do siebie myśli, że „się nie da”. Podczas inauguracyjnego wykładu prof. Józef Burszta, kierownik Katedry Etnografii, spojrzał nam w oczy i rzucił pytanie: „Co zamierzacie robić po studiach?”. Odpowiedziało mu zakłopotane milczenie. Na dalsze zachęty profesora: „Jak widzicie swoją przyszłość?” odezwała się Ania Jaworska: „W Ameryce Południowej”. Wyraźnie rozbawiony profesor zapytał: „A jak się pani tam dostanie!?”. „Samolotem” – wypaliła koleżanka. Ani profesor, świadomy barier ograniczających wówczas polskiego etnografa, ani my, nieświadomi powagi wyzwania, nie domyślaliśmy się, jak szybko i w jakim oszałamiającym zakresie spełni się proroctwo Ani. Jeszcze podczas studiów pięcioro z nas, blisko połowa rocznika, dotarła do Afryki, Ameryki Południowej lub Azji. A „dzięki” stanowi wojennemu z ok. trzydziestki absolwentów etnografii UAM z roczników 1977-78 aż 16 osób w latach 80. rozrzuciło po świecie.
Dla studentów dogodną ścieżką otwierającą możliwości wyjazdów zagranicznych była formuła tzw. studenckiego ruchu naukowego. W tych warunkach, w ramach Koła Naukowego Studentów Etnografii UAM, jesienią 1974 r. pojawiła się inicjatywa zorganizowania wyprawy naukowej do Afryki – Studenckiej Ekspedycji Etnograficznej, SEE. Pomysł w tych czasach wydawał się dość szalony. Zyskał jednak zrozumienie i poparcie ówczesnych władz Katedry Etnografii UAM. Równolegle nasi nauczyciele akademiccy, z doc. Jasiewiczem na czele, pracowali od połowy 1974 r. nad przygotowaniem Etnologicznej Wyprawy Azjatyckiej, EWA.
Z czasem ukonstytuował się komitet organizacyjny ekspedycji, składający się z kilku najbardziej zdeterminowanych studentów. Ostatecznie w Studenckiej Ekspedycji Etnograficznej „Afryka ’76” wzięła udział czwórka studentów IV i V roku etnografii UAM: Paweł Kostuch, Tomasz Szymaniak (pseudo „Maniuś”), piszący te słowa oraz Włodzimierz Żukowski. Towarzyszyło nam pięć osób: dr Tomasz Schramm – historyk UAM, kierownik wyprawy (z powodu choroby wrócił z Algieru do Polski w grudniu 1976 r.), mgr Jacek Łapott – kierownik naukowy, etnograf z Muzeum Narodowego w Szczecinie, Andrzej Polaszewski – lekarz, Leon Bąbelek – kierowca-mechanik z UAM oraz Zbigniew Staszyszyn – fotoreporter PAP (dołączył w marcu 1977).
W drodze po źródła
Pozostaje jeszcze motyw. Co nas pchało do Afryki? Jaki był nasz cel – poza rzuceniem wyzwania światu? Cel naukowy był konkretny, lecz dopasowany do poziomu naszych kompetencji. Chcieliśmy pozyskać w „żywym” terenie oryginalną dokumentację naukową, mającą być podstawą naszych przyszłych prac magisterskich, które chcieliśmy oprzeć na własnych badaniach, na obszarach pozaeuropejskich. Tu zderzyliśmy się z rzeczywistością. W macierzystej uczelni, w ogóle w Polsce, brak było w zasadzie etnografów z doświadczeniem afrykanistycznym.
Świadomi naszych braków merytorycznych, poprosiliśmy o pomoc mgr. Jacka Łapotta. Co prawda nie był nigdy w Afryce, ale przeczytał więcej książek niż my. Przygotowywał dysertację doktorską, obejmującą m.in. problematykę afrykanistyczną, dotyczącą masek Dogonów. Zdobyta przez Jacka książka M. Griaule, „Masques dogons” (1956) stała się naszym przewodnikiem w kraju Dogonów. W Kamerunie zaś została nim książka francuskiego misjonarza Yves’a Schallera, „Les Kirdi du Nord Cameroun” (1973). Bogato ilustrowaną książkę (co miało dla nas wówczas znaczenie) znalazłem w Wyższym Seminarium Duchownym Misjonarzy Oblatów w Poznaniu. Wgląd w dostępne dla nas zasoby wiedzy zdeterminował zatem zakres naszych prac w Afryce.
Po konserwy do Jaruzelskiego
Przed organizatorami SEE stanęło trudne zadanie zgromadzenia środków materialnych: sprzętu, żywności itd. Trudno w to dzisiaj uwierzyć, ale z powodu szczupłości środków dewizowych, konsekwencji nieprzenikalności dwóch systemów gospodarczych, całą żywność na 6 miesięcy musieliśmy zabrać ze sobą z Polski. Jak byśmy lecieli na Marsa. Przez dwa lata intensywnych prac organizacyjnych grupa studentów zgromadziła odpowiednie środki (ok. 700 tys. zł) w postaci darów rzeczowych (wyżywienia i sprzętu), dotacji władz lokalnych oraz opłat za reklamy umieszczone na samochodzie wyprawy, a także specjalnie wydanego angielsko- i francuskojęzycznego folderu. Należy wspomnieć, że pensja młodego absolwenta uniwersytetu kształtowała się w tym okresie na wysokości 2000-2500 zł.
Nie sposób w tym miejscu przedstawić, nawet w skrócie, historii pozyskiwania sprzętu i żywności. Dziennik pism wychodzących liczył ponad 600 pozycji. Wystosowaliśmy ponad 300 pisemnych próśb o wsparcie. Do dużych fabryk lub małych spółdzielni, produkujących odzież, obuwie, namioty, sprzęt kuchenny, baterie, a nawet nawozy, konserwy mięsne i rybne, dżemy, makarony, używki itp. Jako kwestorzy odbyliśmy wiele podróży po kraju, próbując przekonywać osobiście potencjalnych sponsorów. Zwykle spotykaliśmy się z dobrym przyjęciem, nawet jeśli naszych starań nie wieńczył sukces. Hasło „wyprawa do Afryki” robiło wówczas duże wrażenie. Do dziś mam we wdzięcznej pamięci panie pracownice spółdzielni rymarskiej w Poznaniu, które przez kilka dni z dużym zaangażowaniem szyły wielki namiot bazowy dla naszej wyprawy.
Nie zawsze jednak nasze prośby spotykały się z przychylnością. Raz z naszego powodu doszło nawet do małego „spięcia” na posiedzeniu Rady Ministrów PRL. Szukając możliwości pozyskania sprzętu, zwróciliśmy się do Wojska Polskiego. Teraz, po latach, muszę przyznać, że byliśmy dość bezczelni. Sporządziliśmy długą listę zapotrzebowania, obejmującą sprzęt biwakowy, filtry do wody itp., w tym specjalny chleb w puszkach, przygotowywany na III wojnę światową. Razem z Tomkiem Szymaniakiem pojechaliśmy do Warszawy, do ministra obrony narodowej – gen. Wojciecha Jaruzelskiego. Do samego generała nas oczywiście nie dopuszczono. Rozmawiał z nami dyrektor gabinetu ministra w randze pułkownika. Przyjął nas bardzo grzecznie i w zasadzie milcząco, wyraźnie zaskoczony. Wyłuszczyliśmy mu naszą sprawę, pozostawiając długą listę pomocy, o którą wnioskowaliśmy, popartą pismem od rektora UAM.
Nie minęło wiele tygodni, gdy do siedziby komitetu organizacyjnego SEE wkroczył zawsze nam życzliwy, lecz wówczas zdenerwowany doc. Zbigniew Jasiewicz, prodziekan Wydziału Historycznego. Powiedział, co się wydarzyło. Wezwał go „na dywanik” rektor UAM prof. Benon Miśkiewicz. Wzburzony polecił mu rozwiązać komitet organizacyjny SEE. Jak się okazało, do Warszawy wezwał go gen. prof. Sylwester Kaliski, szef Ministerstwa Nauki, Szkolnictwa Wyższego i Techniki. Tutaj muszę sięgnąć do opisu z trzeciej ręki. Minister zrugał rektora UAM, relacjonując scenę z posiedzenia Rady Ministrów. Jak mówił, w pewnym momencie posiedzenia gen. Jaruzelski miał podsunąć energicznie koledze ministrowi, gen. prof. Kaliskiemu, nasz wniosek z komentarzem: „Tutaj jacyś studenci z Poznania zasypują mnie wnioskami o wsparcie, całkowicie poza drogą służbową! Do tego z pismem podpisanym przez rektora! Czy Towarzysz minister zna sprawę?”. W konsekwencji doc. Jasiewicz musiał przekazać nam polecenie rozwiązania naszego komitetu. Po kilku tygodniach, gdy burza ucichła, ruszyliśmy ponownie z robotą. A chleb w puszkach jednak dostaliśmy!
Auto, dewizy i pan celnik
Przełomowym momentem prac nad przygotowaniem ekspedycji była decyzja kierownictwa Fabryki Samochodów Ciężarowych „Star” w Starachowicach o użyczeniu nam samochodu Star 66. Była to zasługa Jana Pałki, inicjatora idei studenckiej ekspedycji, który pracował wcześniej w dziale reklamy starachowickiej fabryki.
Kluczowym aktywem, na którym zawisł los wyprawy, były dewizy. W wypadku inicjatyw studenckich ich dysponentem był Zarząd Główny Socjalistycznego Zrzeszenia Studentów Polskich z siedzibą w Warszawie. Suma, którą udało nam się uzyskać (tzn. prawo zakupu po zaniżonych „państwowych” cenach) była bardzo skromna. Wynosiła 1800 dol. (czarnorynkowa wartość: 100 średnich pensji Polaka). To była kwota do ścisłego rozliczenia, przeznaczona jedynie na zakup paliwa. Tak skromne środki dewizowe mogliśmy uzupełnić poprzez indywidualny zakup po 130 dol. z przydziałów „promesowych”, jak nazywano pozwolenie na zakup ograniczonej ilości dewiz, po niższych przelicznikach kursowych.
Po blisko dwóch latach przygotowań, w połowie listopada 1976 r. przyszła pora pakowania oraz odprawy celnej sprzętu i żywności. Procedury tej doglądał pan celnik baczący, aby lista wywozowa była zgodna ze stanem faktycznym. Opiekowała się nim Marytka (moja przyszła żona), dbając, by szklanka pana celnika nigdy nie była pusta. W efekcie przy plombowaniu skrzyni ładunkowej samochodu pan celnik nie mógł już ustać na nogach i poprosił, abym sam dokonał tej urzędowej czynności.
Następnego dnia wypadła data oficjalnego pożegnania SEE „Afryka ’76” oraz chrztu samochodu wyprawowego, a zarazem dzień otrzęsin studentów I roku etnografii. W jednym z lokali zgromadziła się większość studentów wszystkich roczników i większość kadry. Wieczorem, w środku dobrej zabawy, całe towarzystwo wyległo na ulicę, aby zobaczyć nasz samochód, który nazajutrz miał udać się do Gdańska, a stamtąd drogą morską do Afryki, do Algieru. Koleżanka z roku, Tereska Okoniewska, rozbiła butelkę „szampana”. Rozweseleni już wcześniej uczestnicy uroczystości zaczęli głośno wiwatować. Pan Leon uruchomił klakson. Wzruszony chwilą doc. Jasiewicz jął ściskać świeżo pasowanych adeptów afrykanistyki. Ogólna euforia! W tym momencie zza rogu wyłania się spóźniony Włodek Żukowski, który właśnie wrócił z Warszawy, gdzie załatwiał ostatnie formalności w biurze Polskich Linii Oceanicznych. Podchodzi do każdego z wyprawowiczów, ściska go mocno i szepcze do ucha: „nie jedziemy, statek ma opóźnienie”.
W końcu jednak 14 grudnia 1976 r. wyruszyliśmy na pokładzie MS „Siemiatycze” do Algieru. Stamtąd przez Saharę dotarliśmy do Afryki Zachodniej, terenu naszych badań.
Pierwsza taka wyprawa
Wyprawa pokonała w Afryce ponad 13 tys. km trasą wiodącą przez Algierię, Niger, Mali, Nigerię i Kamerun. W tym czasie członkowie wyprawy przeprowadzili etnograficzne badania terenowe w kilku rejonach. Najdłuższe i najbardziej owocne: wśród malijskich Dogonów oraz kameruńskich Daba. Dokonano też krótszych penetracji wśród algierskich i nigeryjskich Tuaregów oraz nigeryjskich Buduma (rybaków znad Jeziora Czad). Na zlecenie władz Kalisza przebyto również w Kamerunie tzw. trasę Rogozińskiego, gromadząc tam dokumentację naukową. Członkowie wyprawy wrócili do Polski w czerwcu 1977 r.
W kraju Dogonów i wśród Daba docieraliśmy pieszo z ekipą tragarzy do ukrytych w górach wiosek, które od dekad nie miały kontaktu z Europejczykami. W wypadku Daba pracowaliśmy w terenie „nietkniętym” jeszcze nigdy przez etnografa. Przedmiotem badań była głównie kultura materialna tych ludów, jako dziedzina aktywności ludzkiej łatwiej podlegająca oglądowi. Poszczególni studenci, wsparci przez lekarza, pełniącego dodatkowo funkcję tłumacza, koncentrowali się na wybranych rzemiosłach: budownictwie (Włodzimierz Żukowski i Paweł Kostuch), kowalstwie (Tomasz Szymaniak, a także Jacek Łapott) oraz garncarstwie (autor niniejszych wspomnień). Pozyskaliśmy wówczas dokumentację dotyczącą unikatowych technologii, np. obróbki brązu, wytopu rudy żelaza, technik lepienia naczyń bez użycia koła garncarskiego. Dokumentacja ta posłużyła później do prac magisterskich studentów, organizatorów i uczestników wyprawy. Były to pierwsze w polskiej etnografii prace dyplomowe bazujące na oryginalnych, własnych badaniach ludów pozaeuropejskich.
Podczas całej wyprawy SEE „Afryka ’76” pozyskiwano kolekcję sztuki i kultury materialnej, liczącą ponad 1200 egzemplarzy. Była to największa kolekcja etnograficzna przywieziona do Polski. Kolekcję tę przekazano następnie placówkom muzealnym w Szczecinie, Kaliszu i Poznaniu. Obdarowane muzea wyceniły wartość tej kolekcji na ponad 1400 000 zł, czyli dwukrotność kosztów wyprawy. Dokumentację naukową (w tym 12 tys. fotografii, 300 m barwnej taśmy filmowej i kilkanaście godzin nagrań fonicznych) przekazano w większości także placówkom naukowym.
Podczas opisanej ekspedycji pojawiały się różnego rodzaju problemy techniczne i zdrowotne, które udało się szczęśliwie przezwyciężyć. Leon Bąbelek potrafił na środku pustyni wyczarować warsztat mechaniczny z polową kuźnią. Andrzej Polaszewski troszczył się o nasze zdrowie, ratując w trakcie ataków malarii. Opieka nad nami tak weszła mu w krew, że po powrocie z Afryki pomógł powitać na świecie moją córkę Kingę. W zamian, po latach, zostałem promotorem pracy magisterskiej jego syna Marka.
Niejako za puentę SEE „Afryka ’76” uznać można projekt edukacyjny na rzecz dzieci dogońskich „Pokaż mi swój świat”, realizowany w ramach programu „Polska pomoc”, finansowanego przez polski MSZ. W roku 2008 prowadziło go w Mali, pod moim kierunkiem, kolejne pokolenie studentów UAM: Katarzyna Maissner, Piotr Maliński, Marek Polaszewski i Kinga Vorbrich.
Czytaj też: Senegalska piroga i małżeństwa na czas określony