Dzień pierwszy
Nazywam się Wojciech Porzuckowiak. Jestem elektronikiem, konstruktorem aparatury naukowej związanym z Instytutem Fizyki UAM. Urodziłem się w typowej rodzinie robotniczej. Typowej dlatego, że matka była w domu, a ojciec pracował w Cegielskim, największym zakładzie produkcyjnym w Poznaniu.
Skończyłem szkołę podstawową nr 44 przy ul. Taczanowskiego i w 1956 r. zamierzałem zdawać egzamin do Zasadniczej Szkoły Łączności, która mieściła się na rogu ulic Kościuszki i Armii Czerwonej w tzw. kompleksie zamkowym cesarza Wilhelma. O planowanym strajku dowiedziałem się już dzień wcześniej, a może nawet parę dni wcześniej, podsłuchując rozmowy między matką i ojcem. Ponieważ podanie o przyjęcie do szkoły złożyłem dość późno, musiałem dostarczyć brakujące dokumenty. W czwartek rano, 28 czerwca, matka powiedziała mi: – Słuchaj, synu, jest strajk. Nikomu nic nie mów, tylko zanieś te papiery i zaraz wracaj do domu.
W drodze do szkoły
Mieszkałem wtedy przy ul. Palacza, mniej więcej w środku między ul. Głogowską i Grunwaldzką. Mogłem zatem iść do tramwaju albo na Głogowską, albo na Grunwaldzką. Ponieważ chodziłem do szkoły w kierunku ul. Grunwaldzkiej, z przyzwyczajenia poszedłem w tym kierunku. Zobaczyłem, że wszystkie tramwaje stoją z opuszczonymi pantografami, i pomyślałem, że chyba rzeczywiście jest strajk. W wieku 13 i pół roku trudno mi było sobie w ogóle wyobrazić, co to jest strajk. Jednak ruszyłem z tymi dokumentami w kierunku szkoły, tzn. ulicą Grunwaldzką, przez Most Uniwersytecki w kierunku Placu Stalina. Przez Most Uniwersytecki ledwie się przecisnąłem, bo była niesamowita ilość ludzi, co mnie bardzo zdziwiło. Do szkoły już nie doszedłem. Zresztą przestało mnie to interesować. W oknach Zamku pełno było wywieszonych białych flag. Może to nie były flagi, tylko prześcieradła, bo skąd można było wziąć rano białe flagi? Przypuszczam, że to były białe płótna imitujące flagi, jak gdyby na znak poddania. Na Zamku wywieszony był bardzo duży transparent: „My chcemy chleba” i „My chcemy pracy”. Być może szyk wyrazów był inny.
Ja oczywiście nie interesowałem się, kto był wtedy pierwszym sekretarzem. Być może Kraśko. W zasadzie nie interesowało mnie, kto tam przemawia, ale w każdym razie były jakieś zamieszki na placu zamkowym. Jednak trwało to krótko. Bardzo krótko. Tłum był tak gęsty, że nie mogłem do tej szkoły dojść, ludzi mogło być 50 tys., może 100 tys. Trudno powiedzieć ile, w każdym razie cały plac był zapełniony.
Najpierw woda, potem strzały
Nagle ten tłum zaczął się kierować w stronę ul. Kochanowskiego. Ja oczywiście z tym potokiem ludzkim też tam zmierzałem. Znalazłem się przy ul. Dąbrowskiego naprzeciw Teatru Nowego i obserwowałem, co się dzieje. Próbowałem dojść jeszcze na ul. Kochanowskiego, ale doszedłem tylko do skrzyżowania ulic Mickiewicza i Dąbrowskiego. Nawet wspiąłem się na niski, parterowy budynek i stamtąd oglądałem rozwój wypadków. Pierwsze, co zobaczyłem (a była to godz. 10, może11), to olbrzymie strumienie wody lane z okien gmachu UB hydrantami przeciwpożarowymi. Tych strumieni było chyba kilkanaście, skierowanych z okien na tłum otaczający gmach UB. Nagle rozpoczęła się strzelanina. Nie wiedziałem, kto do kogo strzela, bo nie było widać, kto strzela. Ludzie zaraz ściągnęli mnie z dachu i tak sobie krążyłem ulicami, żeby coś ciekawego zobaczyć. W każdym razie jak rozpoczynała się strzelanina, to tłum panicznie się cofał. Kiedy znalazłem się na ul. Dąbrowskiego, przyjechał chyba pierwszy czołg. Zatrzymał się przy Teatrze Nowym i został podpalony. Nie wiem w jaki sposób, prawdopodobnie jakąś butelką z benzyną czy czymś podobnym. Ten czołg nie oddał żadnego strzału, prawdopodobnie nie był nawet uzbrojony, załoga wyskoczyła z niego. Ludzie żołnierzy nie bili, ale ich przygarnęli, w każdym razie unieszkodliwili w ten sposób, że nie pozwolili im dalej tym czołgiem jechać.
zob. tez Dr Piotr Grzelczak. Pamięć zakazana, pamięć odzyskana
Zrzucić maszt
Dalej krążyłem ulicami Kochanowskiego, Poznańską, Mickiewicza, Słowackiego. Strzały stawały się coraz częstsze, puszczane seriami, z tym, że strzelających osobiście nie widziałem. Widziałem tylko jednego rannego, który dostał kulą, ale prawdopodobnie to był rykoszet. Nawierzchnia ulic była zrobiona z kostki brukowej i prawdopodobnie kula rykoszetem się od niej odbiła i trafiła go w nogę. Przyjechała karetka pogotowia ratunkowego i od razu setki ludzi zrobiły krąg i przyglądały się, jak lekarze oglądali nogę rannego, ale był to tylko siniak, nie było krwi, dlatego uważam, że to był rykoszet. No i krążąc tak dalej, zauważyłem, że zaczyna się coś dziać na gmachu obecnego ZUS, gdzie była stacja zagłuszająca. Tłum utworzył krąg, tak że przed samym gmachem było puste miejsce, i zaczęto wyrzucać urządzenia zagłuszające. Grupy demonstrujących zaczęły wyrywać urządzenia nadawcze i wyrzucać (to było chyba szóste piętro) wszystkie urządzenia elektryczne, stojaki, szafy, mnóstwo papierów. Tylu papierów leżących na ulicach nie widziałem i chyba już nigdy nie zobaczę. Całe chodniki i ulice były nimi zasłane. Na końcu tłum się zaśmiał, bo ktoś wyciągnął gaśnicę, otworzył ją, posikał w powietrze i też zrzucił. Kiedy pojawiło się jakieś urządzenie w oknie, to tłum klaskał. Na koniec w oknie pojawiła się szafa biurowa, demonstranci mieli kłopoty, żeby ją za okno wysunąć. Po chwili im się udało. Pamiętam, jak szafa leciała, leciała, leciała i jak się roztrzaskała w drobny mak. Jak się te urządzenia roztrzaskiwały, to znalazłem transformator, zabrałem go ze sobą, bo już wtedy interesowałem się elektrycznością. Był jednak zbyt ciężki i nieporęczny, więc schowałem go sobie za płotem, w krzakach.
Tramwaje na moście
Gdy przypomniałem sobie, że mam oddać dokumenty w szkole, próbowałem się tam przedostać. Nie było to jednak możliwe, bo strzelanina była już coraz większa. Znamienne jest, że nie było wiadomo, kto strzelał, skąd i do kogo. W mieście echo strzałów roznosiło się wszędzie. Bardzo dziwne było to, że tłum rozbiegał się chaotycznie; jedni w prawo, drudzy w lewo, bo nie było wiadomo, kto i skąd strzela. W każdym razie każdy uciekał do jakiejś bramy, pod jakiś mur, jak usłyszał taką serię. To było straszne, taka cisza, seria z jakiegoś karabinu i wszyscy pierzchali. Nie byłem na dworcu, gdzie podobno schwytano przybywającego do pracy pociągiem pracownika UB. jak się później dowiedziałem, nazywał się Izdebny. Nienawiść do Urzędu Bezpieczeństwa wywołała w tłumie agresję. Ludzie pobili tego człowieka i prawdopodobnie nie dopuścili nawet pogotowia ratunkowego, żeby zabrało tego skatowanego do szpitala. Dalej krążyłem w okolicach Zamku i ok. godz. 16 dowiedzieliśmy się, że na pomoc broniącej się tam załodze Urzędu Bezpieczeństwa jedzie wojsko z jakiejś jednostki spoza Poznania. Ktoś krzyknął, że trzeba zabarykadować Most Dworcowy. Próbowano przewrócić stojący na moście tramwaj linii 5, który składał się z dwóch wagonów. Próbowano przewrócić pierwszy wagon, ale to się nie powiodło, ponieważ był złączony z drugim wagonem, który go stabilizował. Na moście stał jeszcze jeden tramwaj, ale już lżejszej konstrukcji, i ten ludzie przewrócili na jezdnię, a na niego drugi wagon, i w ten sposób droga dla ruchu kołowego stała się nieprzejezdna. Wszyscy czekali, co teraz będzie. Kolumna samochodów wojskowych jechała ul. Marchlewskiego. Gdy zorientowali się, że wiadukt jest zabarykadowany, skręcili w Aleję Stalingradzką i dalej przez Most Teatralny dojechali na ul. Kochanowskiego. Pamiętam, jak ludzie z tłumu krzyczeli do żołnierzy, żeby stanęli po stronie demonstrantów i nie robili im krzywdy. Na końcu kolumny samochodów wojskowych, co mnie rozbawiło, znajdowała się kuchnia polowa. Jak wojsko jedzie, to zawsze jakaś kuchnia musi być, bo jak długo można walczyć bez jedzenia?
Płacz matki
Około godz. 17 jeszcze próbowałem przedzierać się do ul. Kochanowskiego, ale było tam już bardzo niebezpiecznie. O godz. 17.30 wybrałem się do domu i znalazłem się tam ok. godz. 18.30. Powiedziałem mamie, że nie udało mi się złożyć tych papierów do szkoły i jutro pójdę jeszcze raz, ale ona od razu zamknęła mnie w pokoju na klucz i powiedziała, że już nigdzie nie pójdę. Jak się później dowiedziałem od rówieśników, egzaminy w szkole tego dnia były, ale rozpoczęły się o 8.00, gdy jeszcze nie było tam tak tłoczno. Później zostały przerwane i większość ludzi stamtąd obserwowała zajścia, bo bała się nawet wyjść z tej szkoły. Sale znajdowały się na drugim czy trzecim piętrze naprzeciwko Zamku. Były tam balkony, na które wychodzono i oglądano, co się dzieje. Po kilku dniach zaniosłem w końcu brakujące dokumenty i akurat w sekretariacie szkoły zapłakana matka wycofywała dokumenty, mówiąc, że jej syn zginął podczas demonstracji.
zob. też