Murale coraz częściej stają się czymś więcej niż tylko dekoracją przestrzeni – wpływają na tożsamość mieszkańców, wizerunek miasta i sposób korzystania z miejskiej przestrzeni. O społecznym i kulturowym potencjale sztuki publicznej Magdzie Ziółek opowiada dr inż. Malwina Balcerak z Wydziału Geografii Społeczno-Ekonomicznej i Gospodarki Przestrzennej, autorka książki „Murale w procesie kształtowania wielkomiejskiej przestrzeni publicznej poprzez sztukę”.
Murale nie tylko zdobią miasto, ale także współtworzą jego przestrzeń. W którym momencie przestają być jedynie dekoracją?
Rzeczywiście murale najczęściej postrzegane są przede wszystkim przez pryzmat funkcji estetycznej. Moje badania pokazują jednak, że mogą pełnić także wiele innych ról. W takich przypadkach przestają być jedynie dekoracją przestrzeni, a zaczynają np. podejmować ważne problemy społeczne i przekazywać określone wartości.
Przykładem jest mural Fundacji Rak’n’Roll „Boskie Matki” w Warszawie. Jego celem jest zwiększanie świadomości dotyczącej chorób onkologicznych. Malowidło przedstawia kobietę bez włosów, będącą w zaawansowanej ciąży. W zamierzeniu autorów ma ono pokazywać, że nowotwór może dotknąć również kobiet w ciąży, a jednocześnie podkreślać, że leczenie może przebiegać w sposób bezpieczny dla dziecka.
Innym przykładem jest ekologiczny mural przy ulicy św. Wawrzyńca w Poznaniu. Został wykonany farbą fotokatalityczną zawierającą nanocząstki tlenku tytanu, które pod wpływem światła słonecznego i pary wodnej rozkładają toksyczne tlenki azotu na nieszkodliwe substancje. Tego typu realizacje nie tylko zwracają uwagę na problem ochrony środowiska, lecz także realnie (choć w niewielkim stopniu) mogą przyczyniać się do ograniczania zanieczyszczenia powietrza i do walki ze smogiem.
Murale więc mogą nie tylko informować lub promować, ale też wpływać na sposób postrzegania przestrzeni i funkcjonowania w niej zarówno mieszkańców, jak i użytkowników tych przestrzeni. Kształtują wyobrażenia o miejscu, wzmacniają lokalną tożsamość i poczucie przywiązania do okolicy, dlatego ich rola zdecydowanie wykracza poza funkcję czysto estetyczną.
Kto dziś realnie decyduje o tym, jak wyglądają miejskie murale?
Proces powstawania murali angażuje wielu aktorów, a decyzje zapadają na różnych etapach.
Wydaje mi się jednak, że największą rolę odgrywają osoby inicjujące powstanie muralu. Nie zawsze mają one formalną władzę decyzyjną, ale to właśnie od nich najczęściej wychodzi impuls do działania. Mogą to być przedstawiciele administracji publicznej, artyści, organizacje społeczne, fundacje, ale także sami mieszkańcy. I to właśnie rosnąca rola mieszkańców staje się dziś coraz bardziej widoczna w badaniach – dzięki takim inicjatywom zyskują oni realny wpływ na wygląd swojej najbliższej przestrzeni.
Relacje między poszczególnymi uczestnikami tego procesu są jednak na tyle złożone, że trudno wskazać jedną, najważniejszą grupę. Bardzo istotną rolę odgrywa administracja publiczna, która opiniuje w kwestiach formalnych i regulacyjnych. To właśnie ona może ostatecznie zdecydować, czy mural powstanie. Przykładowo w odniesieniu do budynków objętych ochroną konserwatorską taka realizacja może zostać zablokowana.
Wspomniała pani o mieszkańcach – czy ich udział w procesie powstawania muralu przekłada się później na silniejsze zakorzenienie takich realizacji w przestrzeni miasta?
Moje badania potwierdziły, że kiedy społeczność jest zaangażowana w proces powstawania muralu – nawet jeśli chodzi tylko o konsultacje – akceptacja tego wytworu w „ich przestrzeni” jest zdecydowanie większa, jego odbiór jest lepszy. Nie chodzi już nawet o samo wspólne malowanie, choć ono rzeczywiście najmocniej buduje poczucie związku z muralem. Jeśli ktoś może powiedzieć: „to ja namalowałem ten fragment”, łatwiej identyfikuje się z muralem, oswaja się z nim i zaczyna traktować jako coś „swojego”.
zob. też Dr Dorota Łuczak. Doświadczyć dzieła sztuki
To zaangażowanie mieszkańców okazuje się więc bardzo ważne. Ale moje badania pokazały też coś jeszcze: ogromne znaczenie mają elementy lokalności obecne w samej treści muralu. Realizacje odwołujące się do historii miejsca, lokalnych postaci, ważnych wydarzeń czy problemów danej społeczności są zazwyczaj odbierane dużo lepiej.
Nie wiem, czy pamięta pani kontrowersje wokół murali związanych z NSZZ „Solidarność”. Planowano dziewięć takich realizacji wzdłuż Alei Solidarności w Poznaniu. Na jednym z bloków na Osiedlu Wichrowe Wzgórze miała pojawić się postać Lecha Wałęsy. I właśnie to wywołało sprzeciw części mieszkańców, którzy otwarcie mówili, że nie chcą Wałęsy na swoim osiedlu. Ostatecznie mural nie powstał.
Dla porównania: na gdańskiej Zaspie, gdzie Lech Wałęsa mieszkał i z którą był silnie związany, takich protestów nie było. Mural powstał tam w 2008 r. z okazji 25. rocznicy przyznania mu Pokojowej Nagrody Nobla. Natomiast w Poznaniu, gdzie Wałęsa nie funkcjonuje jako postać „lokalna”, pojawił się wyraźny opór mieszkańców.
Jeśli nie Wałęsa, to jakie murale są w Poznaniu dobrze przyjmowane?
Na pewno te odnoszące się do Powstania Wielkopolskiego albo do klubu piłkarskiego Lech Poznań. I nie mówię tu o przypadkowych napisach kibicowskich, tylko o pełnoprawnych muralach. Takie realizacje można znaleźć głównie na Wildzie, Jeżycach, Łazarzu – myślę, że właściwie w każdej części miasta pojawiają się odniesienia do Lecha. Są dobrze przyjmowane, bo mieszkańcy się z nimi identyfikują. Lech Poznań jest ważnym elementem lokalnej tożsamości, dlatego obecność murali o tej tematyce w przestrzeni miasta nie budzi większych kontrowersji, nawet jeśli pojawiają się stosunkowo często.
Myślałam, że wymieni pani mural na Śródce.
To mural, który z jednej strony budzi kontrowersje, a z drugiej stał się bardzo silnym narzędziem marketingowym nie tylko Śródki, ale całego miasta. Można wręcz powiedzieć, że zaczął generować ruch turystyczny, ale co ciekawe, nie zawsze jest to odbierane przez mieszkańców pozytywnie. Wraz z jego pojawieniem się – oczywiście obok innych procesów zachodzących na Śródce – zaczęli napływać turyści, co stopniowo zaczęło zakłócać codzienny rytm życia lokalnej społeczności. Jednocześnie pojawiły się nowe lokale usługowe, wzrosły ceny nieruchomości, a prestiż tej części miasta wyraźnie się podniósł. W tym sensie mural, na pewno nie bezpośrednio, ale pośrednio wraz z innymi czynnikami, przyczynił się do procesu wypierania mieszkańców. Po prostu nie wszystkich było już stać na życie w tej okolicy.
To pokazuje, że mural może mieć również negatywne konsekwencje. Nie zawsze jest tylko „kolorową historią” zapisaną na murze – czasem staje się elementem dużo szerszych procesów społecznych i ekonomicznych.
No właśnie – czy mural może być narzędziem rewitalizacji?
Może, ale nie opierałabym działań rewitalizacyjnych wyłącznie na muralach. Dobrym przykładem negatywnego wpływu w tym wymiarze może być Wrocław, gdzie w jednej z zaniedbanych części miasta zaczęto tworzyć murale na podwórkach, traktując je jako sposób na ożywienie przestrzeni.
Założenie było proste: estetyczna zmiana otoczenia miała przełożyć się na poprawę jakości życia mieszkańców. W praktyce okazało się jednak, że to nie wystarcza. Rozmawiałam z jednym z mieszkańców tej przestrzeni, który zwracał uwagę na to, że wraz z muralami pojawili się turyści i osoby odwiedzające tę okolicę, co zaczęło być dla lokalnej społeczności po prostu uciążliwe. Jak mówił, odwiedzający nie tylko zakłócają spokój mieszkańców, ale często też śmiecą i hałasują.
To dobrze pokazuje, że „rewitalizacja poprzez mural” sama w sobie nie przynosi oczekiwanych efektów. Na rewitalizację trzeba patrzeć dużo szerzej – jako na proces wyprowadzania danego obszaru ze stanu kryzysowego, przede wszystkim w wymiarze społecznym, a nie jedynie estetycznym. Sam mural na ścianie nie rozwiąże istniejących problemów.
A jeśli spojrzymy na murale z perspektywy marketingu – czy miasto może promować się za ich pomocą?
Oj, bardzo – i to nie tylko w przypadku promocji miasta. Wiele murali powstaje też przy okazji konkretnych wydarzeń: jubileuszy miast, ważnych rocznic czy lokalnych obchodów. Wtedy mural staje się jednocześnie narzędziem promocji i trwałą pamiątką po danym wydarzeniu. Dobrym przykładem marketingowego potencjału murali jest Osiedle Zaspa w Gdańsku. W ramach festiwalu ArtMurale powstała tam galeria licząca ponad 60 malowideł, dzięki którym miejsce zyskało dużą rozpoznawalność. Dziś Zaspa jest często wskazywana jako przykład osiedla skutecznie promowanego przez sztukę obecną w przestrzeni miejskiej.
Warto również wskazać, że coraz częściej nie tylko miasta promują się w ten sposób, ale także marki komercyjne, takie jak Netflix, HBO, sieci odzieżowe czy nawet przemysł spożywczy, które wykorzystują ściany budynków zamiast tradycyjnych billboardów. Wybierają mural, ponieważ – co pokazały też moje badania – jest on społecznie odbierany znacznie lepiej niż klasyczna reklama wielkoformatowa. Kiedy reklama przyjmuje formę muralu, zaczyna być postrzegana bardziej jako działanie artystyczne niż typowa promocja. Dzięki temu odbiorcy łatwiej ją akceptują niż zwykłą reklamową „płachtę”.
Jak długo właściwie „żyje” mural? Bo przyznam, że niekoniecznie chciałabym przez najbliższe 10 lat patrzeć z okna na reklamę Netflixu.
Nie ma jednej zasady określającej, jak długo „żyje” mural – wszystko zależy od jego funkcji i miejsca, w którym powstał.
Murale komercyjne, takie jak wspomniane już reklamy Netflixa, zazwyczaj istnieją bardzo krótko: od kilkunastu dni do najwyżej kilku tygodni. Wynika to zarówno z kosztów wynajmu ściany, jak i z tego, że reklamodawcom nie zależy na wieloletniej obecności jednej realizacji. Takie murale są po prostu regularnie zastępowane nowymi.
Inaczej wygląda sytuacja w przypadku murali niekomercyjnych, które mogą funkcjonować przez wiele lat – o ile wcześniej nie zniszczą ich warunki atmosferyczne, akty wandalizmu lub zmiany urbanistyczne. Przykładem jest mural przy ul. Poznańskiej 12, który przedstawiał niebieskiego koziorożca i fioletową wilczycę w kosmicznej oprawie. Nie został zamalowany – po prostu zniknął za nowym budynkiem.
Z drugiej strony mural żyje dziś także w przestrzeni cyfrowej – w mediach społecznościowych, na zdjęciach i w internetowym obiegu. I właśnie tam jego „życie” bywa znacznie dłuższe niż w rzeczywistej przestrzeni miasta. Dobrym przykładem są prace KAWU, działającego częściowo anonimowo artysty nazywanego czasem „poznańskim Banksym”. Przykładem dłuższego „życia” w przestrzeni cyfrowej jest jego mural przedstawiający Vladimira Putina jako Lorda Voldemorta, który powstał jako reakcja na wojnę w Ukrainie. Choć od jego powstania minęło trochę czasu i muralu już nie ma, nadal wywołuje emocje i bardzo dobrze funkcjonuje w internetowym obiegu.
To może wróćmy do kwestii, która często budzi wątpliwości: gdzie właściwie przebiega granica między muralem a graffiti?
To pytanie wracało właściwie przez cały okres moich badań doktoranckich. W książce pokazuję, że nie ma jednej wyraźnej granicy oddzielającej mural od graffiti. Oczywiście istnieją cechy, które pomagają przypisać dane działanie do jednej z tych kategorii, ale w praktyce granica między nimi pozostaje dość płynna.
Najbardziej różni je sposób przekazywania treści. Mural zazwyczaj ma charakter narracyjny: przedstawia scenę, postać albo opowiada jakąś historię. Graffiti częściej opiera się na tagu, literze czy charakterystycznym napisie. Zwykle już przy pierwszym spojrzeniu intuicyjnie czujemy, z którą formą mamy do czynienia.
Często mówi się też o skali. Murale kojarzą się z monumentalnymi realizacjami pokrywającymi całe ściany budynków, ale nie zawsze tak musi być. Dobrym przykładem są niewielkie prace KAWU, który najczęściej tworzy nieduże malunki przedstawiające postacie z bajek, jak choćby Reksia czy Pszczółkę Maję przy ul. Kościelnej w Poznaniu. Mimo małego formatu większość osób bez wahania nazwałaby je muralami.
Znaczenie ma również technika wykonania i kwestia legalności. Murale najczęściej powstają za zgodą właściciela budynku, natomiast graffiti historycznie wywodzi się z działań nielegalnych i było formą buntu. Dziś jednak także ten podział coraz bardziej się zaciera – coraz częściej powstają legalne realizacje graffiti wykonywane na zamówienie.
Jak pani zdaniem będą rozwijać się murale – bardziej w stronę sztuki, reklamy czy działań społecznych?
Zauważyłam, że w ostatnich latach bardzo wyraźnie rośnie ich funkcja komercyjna. Coraz częściej pełnią rolę reklamy i stają się alternatywą dla billboardów, dlatego wydaje mi się, że będzie przybywać realizacji o stricte marketingowym charakterze.
Często jestem również pytana o przesyt tą formą sztuki. Od mniej więcej dekady murale stały się niezwykle popularną formą – niemal każde wydarzenie, jubileusz czy rocznica stają się pretekstem do stworzenia nowego muralu. Być może w pewnym momencie pojawi się zmęczenie tą formą, ale uważam, że w perspektywie najbliższych lat nie dojdzie jeszcze do przesycenia muralami.
Najbardziej zastanawia mnie jednak postępująca instrumentalizacja, czyli wykorzystywanie murali głównie do celów komercyjnych, a nie społecznych. Do tej pory często służyły integrowaniu mieszkańców, budowaniu lokalnej tożsamości czy przekazywaniu określonych wartości i idei. Dziś coraz wyraźniej przesuwamy się w stronę murali reklamowych, które częściowo zaczynają zastępować tradycyjne nośniki reklamy. Oczywiście billboardy całkowicie nie znikną, ale widać, że ten proces nabiera tempa.