Profesor UAM Łukasz Kaczmarek z Wydziału Psychologii i Kognitywistyki od lat zajmuje się szczęściem. Można powiedzieć, że nie ma fajniejszej i bardziej motywującej pracy niż jego. W czasie ostatnich Dni IDUB był jednym z wykładowców, którzy pokusili się, aby również innych przekonać do tego, że warto szczęściu pomagać… Z naukowcem z UAM rozmawia Krzysztof Smura.
Czy pana zdaniem dzisiaj szczęście rozumiemy inaczej niż np. 25 lat temu?
Tak! I już się boję, co będzie za kolejne 25 lat. Ostateczny „środek płatniczy” się nie zmienia. Człowiek zawsze chciał być zadowolony z życia, mieć poczucie sensu tego, co robi, i doświadczać emocji pozytywnych, a nie negatywnych. Natomiast na przestrzeni lat zmienia się to, co gromadzimy, aby ostatecznie na szczęście wymieniać. To się zmieniało na przestrzeni wieków. W czasach Homera szczęście to był szczęśliwy traf. Człowiek liczył na to, że jego życie odmieni się na lepsze w magiczny wręcz sposób, dzięki przychylności bogów. W czasach klasycznych filozofów greckich szczęście to było kształtowanie własnego charakteru, czyli czerpanie satysfakcji z własnej postawy moralnej. Człowiek szczęśliwy to wzorowy obywatel. W chłodnych i pełnych chorób i głodu, mrocznych czasach średniowiecza szczęście to było życie przybliżające nas do nieba. Człowiek był szczęśliwy, licząc, że dobre uczynki, które gromadzi za życia, wymieni na szczęście, ale ten „kantor wymiany walut” zobaczy dopiero po śmierci. W czasach oświecenia szczęście to przyjemność. Jak najwięcej szczęścia dla jak największej liczby ludzi. I ta postawa zdaje się trwać do dzisiaj. Mam wrażenie, że w Polsce powtórzyliśmy w szybkim czasie całą tę drogę. Zaraz po upadku komunizmu – który też, nawiasem mówiąc, miał być systemem uszczęśliwiającym ludzi – mieliśmy czasy szczęśliwego trafu. Z dnia na dzień pojawiały się wielkie fortuny. Potem czasy ciężkiej pracy, dorabiania się. Były też i kryzysy, i głębokie ubóstwo, które sprawiały, że niekiedy pozostawało jedynie zwracać oczy w stronę nieba. A obecnie zdaje się, że mamy eksplozję poszukiwania przyjemności i dobrego samopoczucia. Jim Holt, amerykański publicysta, określił nasze czasy jako czasy, w których symbolem szczęścia stał się „ciepły szczeniaczek”. Może to zgryźliwe, ale coś w tym jest. Szczęście to komfort.
Zajmuje się pan psychologią pozytywną. Dlaczego nie negatywną? Nie byłoby łatwiej szperać w ciemnych zakamarkach duszy? Co pana przekonało?
Staram się zajmować psychologią jako taką. Zainteresowanie problematyką pozytywną wynika z tego, że szczęście to bardzo zaniedbany obszar badań naukowych. Po prostu jest tutaj więcej do odkrycia. Teren psychopatologii został już gruntownie przekopany.
Jaka jest według pana najkrótsza definicja szczęścia?
Rozumiem, że nie chodzi o najlepszą, tylko najkrótszą. Z tych, które słyszałem, najkrótsza to: „czekolada”. Ale od strony naukowej… W skrócie… Szczęście to ostateczny środek płatniczy. To jest podejście teleologiczne, czyli oparte na celach. Wszystko to, co robimy, robimy po coś. Ale są takie stany rzeczy i stany umysłu, które nie potrzebują już dalszego uzasadnienia, niczemu dalej nie służą. Są celem samym w sobie. Na przykład wiele rzeczy robimy, żeby mieć satysfakcję z życia. Ale po co nam satysfakcja z życia? Tutaj już nie ma odpowiedzi. Wielu ludziom to pytanie może wydawać się wręcz absurdalne. Stany umysłu takie jak zadowolenie z życia, poczucie sensu czy doświadczanie pozytywnych emocji – to na te dobra chcemy ostatecznie wymienić wszystkie inne rzeczy gromadzone w życiu. Dlatego te właśnie pojęcia ostateczne mieszczą się w obrębie pojęcia szczęścia.
Jakie emocje wpływają pozytywnie na nasze dobre samopoczucie i co zrobić, by było ich więcej?
Mamy bardzo dużo badań, które pokazują, że codzienna dawka pozytywnych emocji jest ważna dla zdrowego ciała, zdrowia psychicznego i dobrych relacji z innymi. Rodzina pozytywnych emocji jest bardzo złożona. Mamy pozytywne emocje związane z osiągnięciem celów – radość, duma. Mamy pozytywne emocje związane z dążeniem do celu – ciekawość, entuzjazm. Mamy pozytywne emocje związane z tym, że odrywamy się od jakichkolwiek celów – spokój, ulga, wyciszenie. Mamy pozytywne emocje społeczne, np. wdzięczność, czułość, miłość. Badania nad szczęściem pokazują, że główny problem z pozytywnymi emocjami wynika z tego, że kiedy już gdzieś je znajdziemy, to próbujemy czerpać je ciągle z tego samego źródła. Dzisiaj mój sześcioletni syn poprosił mnie, żebym kilka razy opowiedział mu dowcip, który bardzo go rozbawił poprzedniego dnia. Bardzo się zdziwił, że ten dowcip coraz mniej go śmieszy za każdym razem! A przecież to ten sam dowcip! Powinien śmieszyć tak samo za każdym razem! Oczywiście, wszyscy wiemy, że tak nie jest. Człowiek szybko się przyzwyczaja, czy też habituuje, do bodźców i ich wartość ciągle spada. To nasze przekleństwo, ale i motor rozwoju. Produkując ciągle te same sytuacje, dewaluujemy je, trochę tak jakbyśmy próbowali zrobić prosty dodruk pieniądza, licząc, że zachowa on swoją wartość. Znów wracamy do swoistej „ekonomii” szczęścia. Aby pokonać ten hedonistyczny kołowrót, musimy szukać różnych źródeł dla tych samych pozytywnych emocji. Zatem jeśli szczególnie lubimy emocję dumy, to raczej nie możemy jej skutecznie czerpać przez dłuższy czas, grając na gitarze dla naszych znajomych. Musimy pomyśleć, skąd jeszcze możemy tę emocję brać. Może wolontariat? Może grupa dyskusyjna, gdzie będziemy mogli z dumą podzielić się swoją zdolnością do prowadzenia wciągających rozmów? Po drugie, trzeba czerpać różne pozytywne emocje. Wymieniłem ich już sporo. W zdrowej diecie emocjonalnej emocje muszą być zróżnicowane. Na koniec dodam jeszcze, że trudno odczuwać emocje pozytywne bez negatywnych. Bardzo często te najsilniejsze emocje pozytywne wymagają pewnego napięcia negatywnego. Tak jak w grach – najbardziej się cieszymy, kiedy wygrana poprzedzona jest wysokim napięciem i dużym prawdopodobieństwem przegranej. Emocje pozytywne w pewnym sensie kradną to pobudzenie i eksplodują. Zaczynamy skakać i krzyczeć z radości, nie widząc, że to nagroda za negatywne emocje doświadczane przed chwilą. Również tutaj psychologia pozytywna i „negatywna” łączą się i trudno zrozumieć jedną bez drugiej.
Czym różni się szczęście chwilowe od długotrwałego dobrostanu?
Szczęście to krótkotrwały stan, ale i swego rodzaju cecha danej osoby. Trochę jak masa ciała. Ludzie mają swego rodzaju punkt nastawny. Jedni mają go na wyższym poziomie, inni niestety na niższym. Wokół tego punktu odbywają się okresowe fluktuacje. Badania pokazują, że poziom szczęścia człowieka zależy mniej więcej po połowie od tego punktu nastawnego oraz od czynników zmiennych. Podobnie jak ze zdrowiem – niektórzy ludzie są bardziej chorowici, a od innych bakterie i wirusy zdają się uciekać zamiast ich atakować. Ale jedni i drudzy mają swoje lepsze i gorsze momenty w życiu. Bliźnięta jednojajowe są podobnie szczęśliwe, i to nawet jeśli są wychowywane oddzielnie. Bez wątpienia znaczenie mają geny, które z kolei regulują procesy hormonalne i neuroprzekaźnikowe, ważne dla formowania się stanów psychicznych. Druga grupa czynników to okoliczności życiowe. Co ciekawe, wielu ludziom wydaje się, że zmiana okoliczności życiowych pociągnie za sobą długotrwałe szczęście, a tak nie jest. Wielu ludzi może sobie wyobrażać, że gdyby tylko mieli dwa razy większy dom, dwa razy bardziej luksusowy samochód, dwa razy więcej pieniędzy na koncie, dwa razy więcej tytułów naukowych, dwa razy większy telewizor, dwa razy droższego smartfona i, dajmy na to, żonę lub męża, którzy mają dwa razy więcej zalet i dwa razy mniej wad – gdyby tylko mieli to wszystko, gdyby tylko w ich życiu nastąpiła tak wspaniała przemiana okoliczności, to ich szczęście trwale by się poprawiło. Wiemy natomiast, że efekt ten nie jest tak trwały, jak się ludziom wydaje. Po pierwsze, zachodzi tak zwany efekt sufitowy, tzn. jeżeli nastąpi jedna pozytywna istotna zmiana okoliczności, to kolejne nie są już w stanie wiele dodać. Po drugie, niestety szybko zachodzi wspomniana adaptacja i wyłaniają się nowe problemy. Po roku, dwóch łapiemy się na tym, że zamiast myśleć o tym, że życie jest o wiele lepsze od poprzedniego, myślimy o tym, że dom może i jest dwa razy większy, ale dojazd do pracy stał się codziennym koszmarem. Samochód może i luksusowy, ale trudno się parkuje w mieście i w sumie tęsknimy za manualną skrzynią biegów. Pieniędzy na koncie niby więcej, ale oszczędności (których wcześniej nie było) zainwestowaliśmy i to zakończyło się totalną klapą. A telewizor dwa razy większy, ale jedyna korzyść z tego taka, że dwa razy lepiej widać, że i tak nie ma w nim niczego ciekawego. Dlatego to, co pozostaje, to codzienna troska, by każdego dnia robić coś dla swojego szczęścia, aby podnieść jego poziom. Podobnie jak codziennie powinniśmy dbać o swoje ciało, choćby krótką gimnastyką.
Czy pozytywne emocje można trenować jak np. mięśnie na siłowni?
Tak! Nasze codzienne dbanie o szczęście może stać się nawykiem. Wtedy codziennie staramy się zrobić coś, co daje nam satysfakcję samo w sobie, poczucie sensu lub właśnie nasilenie emocji pozytywnych. Szczęście nie przychodzi bez wysiłku. Wymaga pokonania złych nawyków i skłonności oraz wypracowania nowych. Dobra wiadomość jest taka, że nawyk już ukształtowany łatwiej kontynuować niż przerwać, i dotyczy to również dobrych nawyków. Można to łatwo sprawdzić. Wystarczy np. spróbować dzisiaj nie umyć zębów przed snem. Wielu ludzi nie potrafi tego nie zrobić. Często to sprawdzam na wykładach, prosząc studentów o taki eksperyment. Nawyk jest drugą naturą człowieka i to taką, nad którą mamy sporą kontrolę. Napisałem książkę na ten temat „Pozytywne interwencje psychologiczne – zachowania intencjonalne a dobrostan”. Zachęcam do lektury, aby pogłębić temat.
Ludzie mówią, że alkohol i wszelkiego typu używki dają szczęście w nieszczęściu. To recepta dla desperatów?
To nie jest recepta. Recepty wypisują lekarze, a żaden lekarz nie wypisze na recepcie alkoholu lub używek. Substancje chemiczne zawarte w tych produktach na ogół wpływają na poziom dopaminy. To hormon ekscytacji przed otrzymaniem nagrody. Ale przecież tu nie ma żadnej nagrody! To oszukiwanie mózgu, że w naszym życiu wydarzyło się coś autentycznie pozytywnego. Alkohol dodatkowo tłumi emocje, więc może chwilowo zagłuszyć emocje negatywne, np. wstyd, nieśmiałość. Może mieć pewne drobne krótkotrwałe korzyści. W końcu z jakiegoś powodu wielu ludzi po tego rodzaju rzeczy sięga. Jednak długofalowo, poza dowcipami, nie słyszałem nigdy o takiej recepcie na szczęście. Ewentualne drobne korzyści szybko zanikają, a pojawia się uzależnienie, przymus i ograniczenie autonomii. Obecnie dość modnym kierunkiem badań w psychiatrii i psychologii klinicznej są substancje psychodeliczne, które mogą przynosić pewne korzystne efekty u niektórych osób. Mówimy tutaj jednak o przyjmowaniu ich pod opieką psychiatryczną i nie w celach rekreacyjnych. To kontrowersyjny nurt, ale być może pokaże, że u niektórych osób, u których inne metody zawodzą, możliwe jest rozważenie i takiej drogi do uzyskania korzystnej zmiany.
Jakie obszary są pana zdaniem wciąż niedostatecznie zbadane w psychologii pozytywnej?
To bez wątpienia różnice kulturowe. W dalszym ciągu psychologia, którą znamy, opiera się na informacjach pochodzących z Zachodu. Natomiast informacje pochodzące z kultur wschodnich często pokazują zupełnie inny obraz uwarunkowań szczęścia. Na przykład wiele interwencji psychologicznych, które stosujemy na Zachodzie, na Wschodzie po prostu nie działa. W ramach interwencji zachodnich osoba bardzo często mocno koncentruje się na sobie. W niektórych kulturach to nie jest powszechnie akceptowana orientacja. To bardzo ciekawe zjawisko, które rzuca nieco cień na naukę. Często nam się wydaje, że USA i Europa to cały świat, a jesteśmy liczbowo zdecydowaną mniejszością. Dla wielu ludzi Zachodu zaskakująca jest informacja, że 80% ludzi pochodzi z innej bajki. Kiedyś europejscy kartografowie, myśląc o Afryce, pisali na mapie, że dalej są już tylko lwy czy smoki. Obecnie podobnie niewiele wiemy o szczęściu w krajach muzułmańskich, w Afryce czy Azji, która stanowi większość świata.
Drugi obszar to oczywiście kwestie twardej nauki: badania genetyczne, epigenetyczne, biologiczne, psychofizjologiczne. Ciągle tego niewiele w obszarze badań nad szczęściem. W moim laboratorium staramy się to nadrabiać, zawsze szukając twardych wskaźników szczęścia, np. pozytywnych emocji mierzonych psychofizjologicznie. To w dalszym ciągu obszar, w którym brakuje metod badawczych i oczywiście środków, bo jeżeli chcemy wiedzieć coś więcej niż to, co się ludziom wydaje, to musimy kupić i utrzymać kosztowną aparaturę, żeby to wszystko zmierzyć, np. patrząc na subtelne zmiany w pracy serca, a to nie są tanie rzeczy. Patron naszego uniwersytetu powiedział „miej serce i patrzaj w serce”. I to staramy się robić.
Powiedzmy, że jest pan nie tylko redaktorem naczelnym Journal of Happiness Studies, ale i Mojżeszem. Staje pan przed tłumem i daje 10 przykazań, których realizacja da mu poczucie szczęścia, a ja stoję w tłumie. Czytam i zapisuję…
- Uznaj, że szczęście to ważny temat w twoim życiu.
- Uznaj, że część szczęścia jest w twoich rękach.
- Uznaj, że nie możesz siłą woli sprawić, że poczujesz się szczęśliwy, ale możesz zacząć robić rzeczy, które zwiększą szansę, że będziesz szczęśliwy.
- Uznaj, że szczęście wymaga stałego wysiłku, zwłaszcza na początku, zanim dbanie o nie stanie się nawykiem.
- Uznaj, że nie każdy może osiągnąć pełnię szczęścia, ale każdy może być choć trochę szczęśliwszy – w skali całego życia może to mieć ogromne znaczenie.
- Pamiętaj o złotym środku – obsesyjne myślenie o szczęściu prowadzi do nieszczęścia.
- Nie musisz być (i nie będziesz) szczęśliwy przez cały czas. Człowiek szczęśliwy to człowiek, który szczęśliwy bywa. A momenty gorsze są niezbędnym tłem dla pojawienia się tych lepszych.
- Szczęście wymaga zmiany, nie da się być szczęśliwym cały czas w taki sam sposób.
- Unikaj używek – to droga na skróty prowadząca przez bagna. Lepiej nadłożyć drogi.
- Pamiętaj, że wiele najsilniejszych źródeł szczęścia tkwi w prostych rzeczach: w codziennych miłych relacjach z innymi, w aktywności fizycznej, rodzicielstwie, dobrze wykonywanej pracy, robieniu czegoś na rzecz innych.
Jak dba pan o swój dobrostan?
Mam to szczęście, że mam chyba dość wysoko ustawiony poziom dobrostanu. Jestem raczej zadowolony z życia i przeżywam dużo pozytywnych emocji. Oczywiście to nie oznacza, że nie mam zmartwień, trudnych chwil, nieprzespanych nocy i momentów zwątpienia. Ale w miarę szybko się od tego odbijam. Czasami się zastanawiam, czemu mi się wydaje, że nie jest tak źle, skoro jest tak źle. Mój dobrostan to przede wszystkim zaangażowanie w rodzinę i pracę. Niektórzy ludzie żałują, że nie poświęcali wystarczająco dużo uwagi dzieciom. Że dzieci nie są już dziećmi, a oni właściwie nie mieli czasu, żeby je w tym wieku dobrze poznać. Wiem, że nigdy tego nie powiem. Mam elastyczny czas pracy. Mogę pracować wieczorami i nocami, kiedy wszyscy śpią. Dlatego przez ostatnie 15 lat bardzo, ale to bardzo dużo czasu spędziłem z dzieciakami, zwłaszcza że trafiły mi się chorowite, więc sporo czasu spędzają w domu. Nie wiem, skąd brałbym tę oksytocynę, czyli hormon więzi społecznych, gdybym nie miał możliwości takiego kontaktu. Druga rzecz to praca. Wiele lat starałem się doprowadzić do tego, żeby móc robić rzeczy, które mnie najbardziej fascynują. Mam wrażenie, że parę lat temu to się udało. Prowadzimy bardzo dużo badań, mamy świetne wyniki. Codziennie dowiaduję się, że wyszła jakaś nowa praca, w której inny autorzy powołali się na wyniki naszych badań. To wszystko sprawia, że mam poczucie sensu i satysfakcji.
Czytaj też: Prof. UAM Łukasz Kaczmarek. Radować się prawdą
Prof. UAM Łukasz Kaczmarek jest kierownikiem Laboratorium Psychofizjologii: Gamin & Streaming i redaktorem naczelnym Journal of Happiness Studies, naukowcem zajmującym się psychologią pozytywną. Prowadzi badania eksperymentalne w nurcie psychofizjologii społecznej nad korzyściami z doświadczania pozytywnych emocji w różnych kontekstach: od relacji intymnych po gry komputerowe. Jest autorem ponad 100 publikacji naukowych w międzynarodowych czasopismach. Współpracuje z Uniwersytetem Stanforda. Wyniki jego badań nad wpływem nowych technologii na zdrowie i dobrostan weszły w skład baz dowodowych stanowiących podstawę ustawy o zdrowiu cyfrowym wprowadzoną przez niemiecki Bundestag (Digitale-Versorgung-Gesetz, 2019) oraz ustawy Kongresu USA (FY2021, Sec. 581) o metodach wsparcia dobrostanu personelu wojskowego.