Prof. Tadeusz Stryjakiewicz. Geografia innych światów

Z prof. Tadeuszem Stryjakiewiczem z Wydziału Geografii Społeczno-Ekonomicznej i Gospodarki Przestrzennej rozmawia Ewa Konarzewska-Michalak. 

Dlaczego poświęcił pan swoją karierę geografii społeczno-ekonomicznej?  

Przy okazji jubileuszu swych 70. urodzin zastanawiałem się, co mogło zadecydować o moich zainteresowaniach geografią, i myślę, że w dzieciństwie były dwa takie fakty. Duża część mojej rodziny z powodu II wojny światowej znalazła się w Australii. Raz do roku otrzymywaliśmy na Boże Narodzenie paczki ze wspaniałymi książeczkami. Wtedy pojawiła się chęć poznania tych innych światów. Po drugie, dziadek zbierał znaczki pocztowe i tłumaczył mi, co przedstawiają i jakie państwa je wydały.  

Potem byli dobrzy nauczyciele w szkole podstawowej i średniej, ale nie byłem w pełni przekonany o wyborze geografii, bo mówiono, że „pieniędzy nie przyniesie”. Zastanawiałem się zatem nad studiami na Wydziale Transportu na Politechnice Szczecińskiej. Przyjechałem jednak do Poznania na wizję lokalną – sekretarz komisji roztoczył takie perspektywy, że zdecydowałem się złożyć papiery tutaj. 

 

Skąd pan pochodzi? 

Z Wągrowca, dlatego mój dorobek w znacznej części jest związany z Wielkopolską. Zacząłem studia w 1973 r., w ich trakcie pojawiła się geografia ekonomiczna, aczkolwiek moja ścieżka naukowa kształtowała się trochę przypadkowo.  

Najpierw interesowałem się turystyką, ukończyłem nawet na naszym uniwersytecie podyplomowe Studium Kultury i Turystyki. Geografia turyzmu zaczęła się wtedy intensywnie rozwijać na świecie, ale wśród władz Instytutu Geografii panowało przekonanie, że turystyka może być jedynie hobby, a nie przedmiotem badań naukowych. Dopiero masowy napływ studentów na uczelnie spowodował, że uruchomiono turystykę, jednak to już było znacznie później. 

Wybrałem geografię społeczno-ekonomiczną, bo już podczas studiów miałem poczucie, że geografia będzie coraz bardziej zajmować się relacją między środowiskiem a działalnością człowieka. I że rola człowieka w tych procesach będzie stale rosła. Właściwie zawsze myślałem o geografii jako o nauce o zrównoważonym rozwoju. 

W tamtych czasach student nie wybierał tematu pracy magisterskiej. W grupie seminaryjnej było kilkanaście osób i wszyscy mieli ten sam ogólny temat: czynniki lokalizacji wybranej branży przemysłu. Różniły się tylko konkretne branże, które były studentom przydzielane. Mnie przypadł przemysł cukrowniczy, ziemniaczany, spirytusowy i drożdżowy. Potem, już jako asystent, prowadziłem zajęcia z geografii przemysłu i napisałem doktorat, który rozszerzał tę problematykę badawczą.  

 

Jak to się stało, że dostał pan nagrodę Międzynarodowej Unii Geograficznej (MUG) za najlepszą rozprawę doktorską z zakresu geografii przemysłu w 1987 r.? Wtedy jeszcze nie było wymiany naukowej między Polską a Zachodem. 

Tak, to był okres izolacji Polski po stanie wojennym. Przez wiele lat nikt z naszego instytutu nie wyjechał na żaden staż zagraniczny, a było to naszym marzeniem. O spełnieniu tego marzenia znowu w pewnym stopniu zadecydował przypadek. W ramach MUG działała Komisja Systemów Przemysłowych, której przewodniczącym był prof. Ian Hamilton. Miał żonę Polkę, mało tego, był specjalistą od krajów Europy Środkowo-Wschodniej w Szkole Studiów Slawistycznych i Wschodnioeuropejskich UCL w Londynie (SEES). Wykorzystywał każdą okazję, żeby przyjechać do Polski, i kiedyś spotkaliśmy się na konferencji w Jabłonnej. Prezentowałem tam wyniki mojej pracy doktorskiej, które mu się bardzo spodobały i zachęcił mnie, żeby złożyć aplikację w konkursie, co też uczyniłem. Rozprawa była napisana w języku polskim, więc musiałem wysłać obszerne streszczenie po angielsku. Członkiem komisji był m.in. prof. Bronisław Kortus z Uniwersytetu Jagiellońskiego, recenzent mojej pracy, który ją rekomendował. Po pewnym czasie dowiedziałem się, że przyznano mi tę prestiżową nagrodę (travel award). Jury doceniło w szczególności kompleksowość ujęcia tematu i nowatorstwo metodologiczne. 

Główną korzyścią z uzyskania nagrody była możliwość udziału w corocznej konferencji tejże komisji (która odbywała się w różnych krajach świata) wraz z pokryciem wszystkich kosztów, prezentacji wyników badań i publikacji w jednym z renomowanych wydawnictw. Dzięki temu już w latach 80. miałem publikację w Routledge’u. Z konferencji byłem mniej zadowolony, bo miała się odbyć w Pradze, co prawda za granicą, ale bliską. Władze czeskie jednak nie wydały zgody na wstęp uczestników z „krajów imperialistycznych” do zakładów przemysłowych, dlatego ostatecznie nagroda travel award była wyjazdem do... Rabki i Krakowa (gdzie wszyscy uczestnicy uzyskali zgodę na zwiedzanie Nowej Huty).  

 

Na pewno był pan rozczarowany. 

Byłem wściekły, ale ta nagroda miała duży wpływ na moją karierę. W pracy doktorskiej podkreślałem rolę małych i średnich przedsiębiorstw w gospodarce. Razem z kolegą zaprezentowaliśmy referat w Rabce, po którym wywiązała się bardzo napastliwa dyskusja. 

Luminarze ówczesnej nauki z krajów socjalistycznych skrytykowali to podejście. Ich zdaniem liczyły się tylko wielkie kombinaty przemysłowe. Byliśmy zdruzgotani, ale przedstawiciele tzw. nauki burżuazyjnej pogratulowali nam zarówno podejścia, jak i odwagi. 

Konferencja odbyła się w 1988 r., a rok później zaczęła się transformacja systemowa. Na Zachodzie wzrosło zainteresowanie Europą Środkowo-Wschodnią. Jeden z uczestników konferencji w Rabce, prof. Van der Knaap z Rotterdamu, zaprosił mnie na półroczny pobyt jako visiting lecturer, żeby przybliżyć studentom nasz region, który zaczął być postrzegany jako miejsce potencjalnych inwestycji. Kiedy zapytałem, dlaczego właśnie mnie zaprosił, mając do wyboru wielu utytułowanych profesorów, odpowiedział, że nie chce, żeby uczyli studentów o kombinatach.  

Pamiętam też, że na pierwszym wykładzie zapytałem słuchaczy, z czym kojarzy im się Poznań. Po długim milczeniu jeden ze studentów powiedział, że to miasto, gdzie podpisano układ pokojowy w 1945 r. – mylił Poznań z Poczdamem. Taka była wtedy znajomość geografii krajów za żelazną kurtyną.  

Nagroda otworzyła mi drogę do pełnego członkostwa w komisji, gdzie zastąpiłem prof. Kortusa po zakończeniu jego kadencji. Dzięki temu mogłem szerzej prezentować Polskę i nawiązywać kontakty, które później zaowocowały projektami międzynarodowymi.  

 

Wyjechał pan na stypendia do Egiptu, Niemiec, Wielkiej Brytanii. Czym z kolei zaowocowały wyjazdy? 

Każdy z nich miał zupełnie inny charakter. Ten pierwszy na Uniwersytecie Kairskim był dość przypadkowy. Rekrutacja na wyjazdy zagraniczne w latach 80. wyglądała całkiem inaczej niż dziś. Na wydział przychodziły listy z wykazem krajów, z którymi Polska miała podpisane umowy o wymianie. Kiedy zauważyłem puste miejsce w rubryce „Egipt”, wpisałem swoje nazwisko. Po kilku latach, kiedy wybuchła I wojna w Zatoce Perskiej, w 1990 r., zadzwonili do mnie z ministerstwa, że zwolniło się miejsce, ale muszę zrealizować wyjazd w ciągu dwóch tygodni. Pomyślałem, że taka okazja może się już nie trafić, więc mimo że zdawałem sobie sprawę z niebezpieczeństwa, zdecydowałem się jechać. Na ulicach stały czołgi, co mnie nie dziwiło, bo pamiętałem stan wojenny. Oprócz mnie na Uniwersytecie Kairskim przebywał w tym czasie tylko jeden cudzoziemiec – Austriak, który pisał pracę z nauk politycznych o wpływie wojny na sytuację w regionie. Bał się wychodzić na ulicę, więc zabierałem go ze sobą, żeby oswoił się z tym widokiem. 

Pod względem poznawczym wyjazd był bardzo interesujący. Zebrane materiały szeroko wykorzystywałem później na wykładach, napisałem też kilka artykułów. Nie przełożyło się to jednak na szersze kontakty, ponieważ w warunkach wojennych gospodarze podchodzili do mnie z nieufnością.  

W czasie wspomnianego wcześniej pobytu w Holandii nawiązałem kontakty, które w kolejnych latach umożliwiły włączenie mnie i całego zespołu w międzynarodowe sieci współpracy. Potem wszystko potoczyło się już szybko: dobre oceny studentów zaowocowały kolejnymi zaproszeniami, m.in. do Frankfurtu nad Menem (1991/1992), gdzie prowadziłem wykłady o przemianach zachodzących w naszej części Europy, a także rozpoczęły się wspólne inicjatywy badawcze. 

Ważnym efektem tego wyjazdu była też międzynarodowa praktyka studentów z Polski, Niemiec, Francji i Finlandii, poświęcona badaniu obszarów przygranicznych.  

Później doszedł jeszcze pobyt w Wielkiej Brytanii, w Londynie, po wygraniu konkursu Fundacji na rzecz Nauki Polskiej (1998 r.). Oprócz prowadzenia badań organizowałem tam Polish Social Sciences Seminar dla miejscowej Polonii, zarówno tej starszej, jak i nowej. Zainteresowanie tym, co działo się w kraju w okresie transformacji, było naprawdę duże, więc te spotkania cieszyły się sporym odzewem, także w prasie. 

Szczególnie zapamiętałem jedno z nich. Przyjechał na nie mój były student, który kiedyś mówił, że geografia ekonomiczna zupełnie go nie interesuje. Po wykładzie powiedział mi jednak, że się mylił, i mi podziękował. Okazało się, że wiedza wyniesiona z prowadzonych przeze mnie zajęć w Poznaniu pomogła mu zdobyć świetną pracę w British Petroleum.  

Wszystkie późniejsze projekty były efektem tych wczesnych kontaktów. Oferty niejako przychodziły do mnie z zewnątrz. Dzięki stażowi w Londynie poznałem jednego z dyrektorów GlaxoSmithKline Pharmaceuticals (wówczas Glaxo Wellcome), które stało się właścicielem poznańskiej Polfy. Ponieważ w kraju narosło wiele kontrowersji wokół działalności firm zagranicznych, zaproponował, żebyśmy przygotowali obiektywną analizę rzeczywistego wpływu tej firmy na rozwój miasta i regionu. W ten sposób powstało jedno z pierwszych opracowań realizowanych wspólnie przez uniwersytet i przedsiębiorstwo zagraniczne, na jasno określonych warunkach, zapewniających zarówno finansowanie, jak i niezależność prowadzonych badań. 

 

Pisaliśmy już w „ŻU” o projekcie dotyczącym polskiego rynku samochodowego. Czy mógłby pan opowiedzieć również o wynikach dwóch innych projektów, realizowanych z programu UE Horyzont 2020, traktujących o przedsiębiorczości społecznej na wsi oraz ożywianiu kurczących się miast? 

Kurczące się demograficznie miasta i regiony są jednym z kluczowych współczesnych problemów. Teraz media biją na alarm, ale myśmy dostrzegli go już kilkanaście lat temu. 

Dlatego zdecydowaliśmy się podjąć badania, najpierw w ramach programu COST, a później Horyzont 2020, porównując doświadczenia krajów będących na różnym etapie rozwoju i w różnych warunkach instytucjonalnych. Już wtedy, w 2010 r., wnioski były dramatyczne. Mówiły, że jednym z najważniejszych wyzwań XXI w. będzie umiejętne przystosowanie się miast i regionów do procesu kurczenia się. Dostaliśmy nawet zaproszenie na konferencję organizowaną w Senacie RP, ale nasze wystąpienie i rekomendacje nie miały przełożenia na konkretne działania polityczne. Niemniej mamy satysfakcję, że wcześnie dostrzegliśmy ten problem.  

Oprócz publikacji w Routledge’u, będącej studium porównawczym miast europejskich, rosyjskich i chińskich, postanowiliśmy wydać monografię w języku polskim, rodzaj ostrzeżenia dla decydentów. Teraz ten temat kontynuują moi młodsi koledzy, biorą udział m.in. w opracowywaniu raportów i strategii przeciwdziałających negatywnym skutkom kurczenia się miast. Ta wiedza jeszcze długo pozostanie aktualna.  

Natomiast projekt dotyczący przedsiębiorczości społecznej na obszarach wiejskich słabych strukturalnie poruszał kolejny ważny problem związany ze zrównoważonym rozwojem. Chodzi o to, że wymienione obszary w coraz większym stopniu stają się głównymi obszarami problemowymi, wymagającymi interwencji. Pojawia się pytanie: co robić, by zatrzymać tam ludzi, a także jak ich aktywizować? Wyniki projektu pokazują, że ważne jest wzmacnianie potencjałów rozwoju oddolnego, lokalnego kapitału społecznego i lokalnych inicjatyw, m.in. poprzez wspieranie przedsiębiorczości społecznej, w której kryterium maksymalizacji zysku nie jest najważniejszym elementem działalności.  

Oba te projekty zakładały, że będziemy kształcić kadry przyszłych decydentów-planistów, by wiedzieli, w jaki sposób radzić sobie z opisanymi problemami. Pod moim kierunkiem powstały cztery prace doktorskie podejmujące wspomniane tematy. Dostaliśmy też nagrody polskie i międzynarodowe. Czułem dużą satysfakcję, kiedy w gratulacjach z okazji mojego jubileuszu doktoranci z Irlandii, Włoch, Niemiec i Portugalii podkreślali, jak przydaje im się to, co wspólnie zrobiliśmy. 

I kolejny powód do satysfakcji: kilka dni temu otrzymałem list od profesora z Uniwersytetu Technicznego w Berlinie, który jednocześnie jest profesorem wizytującym na Sorbonie Paryskiej. Zaprasza mnie i mojego następcę na spotkanie. Zależy mu na podtrzymywaniu kontaktów. To bardzo miłe, że wyjazdy, o których tyle mówiliśmy, przyniosły trwały efekt i znajdują wyraz w wielu konkretnych przedsięwzięciach.  

Zobacz też: Prof. Stryjakiewicz. Rewolucja samochodowa w Polsce