Wersja kontrastowa

Każdy ma swoją teczkę

Zdjęcie ślubne korporacji Roma, 1938, fot. Archiwum UAM
Zdjęcie ślubne korporacji Roma, 1938, fot. Archiwum UAM

Zostały po nich teczki z pożółkłymi dokumentami. Z pozoru nudne protokoły ukazują nieoczywistą prawdę o studentach i studentkach Uniwersytetu Poznańskiego.
 

Dowiemy się z nich, że młodzieży w tamtych latach fantazji nie brakowało. Na fotografiach w indeksach przechowywanych w Archiwum UAM widzimy młodego mężczyznę z zakręconym wąsem i z laseczką siedzącego na ławce w parku albo dziewczynę w futrze i toczku, z diamentową kolią zdobiącą dekolt. Dziś takich zdjęć w oficjalnych dokumentach już się nie spotyka. Przed wojną nie było ścisłych wytycznych, jak mają wyglądać fotografie legitymacyjne, więc kandydaci dostarczali na uczelnie takie, jakie mieli. Zdarzały się nawet fotki odcięte ze wspólnego zdjęcia. Albo wizerunki w żołnierskich mundurach. Przecież wśród studentów nie brakowało uczestników powstania wielkopolskiego i wojny polsko-bolszewickiej. Archiwum UAM poświęciło im osobną ekspozycję z okazji 100-lecia odzyskania niepodległości i wybuchu powstania wielkopolskiego.

 

Wojna polsko-pruska?

- Przygotowanie wystawy było wyzwaniem - przyznaje archiwista Piotr Józefiak. - Zaczęliśmy od przeglądania biogramów w internecie, wybrane osoby wyszukiwaliśmy w naszych spisach, katalogach i ewidencjach. Musieliśmy przejrzeć dokładnie każdą teczkę, bo w dokumentach nie pojawia się nazwa “powstanie wielkopolskie”, ale “wojna polsko-pruska” - w tamtych czasach tak się mówiło.

Wielu powstańców było bardzo młodymi ludźmi wkraczającymi dopiero w dorosłość, którzy po wojnie chętnie zapisywali się na studia na Uniwersytecie Poznańskim. Jednym z nich był Czesław Gałza. Późniejszy prawnik tak pisał o sobie: “Zostałem pociągnięty do wojska pruskiego, brałem udział w walkach w Rosji, Rumunii i Francji, gdzie zostałem dwa razy ranny. W grudniu 1918 r. wystąpiłem z armii pruskiej i 9 stycznia 1919 r. wstąpiłem jako ochotnik do wojsk polskich, gdzie zostałem ponownie ranny”. Poseł i działacz społeczny II RP został zamordowany w Katyniu. Katyńczykiem był również Stefan Grabowski, który “odbył studia prawnicze od maja 1919 roku do czerwca 1922 roku w całości na Uniwersytecie Poznańskim”. Jako jeden z pierwszych absolwentów poznańskiej Alma Mater otrzymał dyplom z numerem 46. Natomiast Andrzej Wojtkowski, profesor Katolickiego Uniwersytetu we Lwowie, jeden z założycieli Towarzystwa Miłośników Miasta Poznania za młodu brał udział w walkach o Lwów i Ziemię Czerwińską.

Na Wydziale Humanistycznym studiował jeszcze inny powstaniec - prof. Zdzisław Grot, wybitny historyk, popularyzator powstania wielkopolskiego, a także Wojciecha Dutkiewiczówna, jedyna  kobieta w tym zacnym gronie, zasłużona regionalistka i patronka Muzeum Regionalnego w Rogoźnie. Nauczycielka w styczniu 1919 roku zgłosiła się do punktu PCK do szpitala powstańczego, gdzie służyła jako sanitariuszka, a także pełniła rolę tłumacza w dowództwie wojsk wielkopolskich dla misji koalicyjnych. W Rogoźnie zorganizowała izbę pamięci, a jej eksponaty stały się podstawą zbiorów przyszłego muzeum. Przez krótki czas na poznańskim uniwersytecie uczył się Arkady Fiedler. Studiował chyba polonistykę, bo w indeksie znanego podróżnika czytamy, że zaliczył zajęcia z krytyki literackiej i przeglądu języków indoeuropejskich.

 

Zachowanie beznaganne i pojedynki

Z archiwalnych zbiorów dużo dowiadujemy się zarówno ludziach, realiach w jakich żyli, jak i oczywiście o samym uniwersytecie. W niektórych teczkach znajdziemy niecodzienne świadectwa dojrzałości w czterech językach albo takie kurioza jak świadectwa moralności wystawiane w parafiach. Dobrą opinią cieszył się student Franciszek Fąs: “Od czasu ukończenia gimnazjum w Nakle do czerwca przebywał w domu rodziców, przez cały czas pobytu jego zachowanie było beznaganne pod względem moralnym. Sądownie karany nie był”. Słuchacze oprócz indeksów dostawali książeczki legitymacyjne, gdzie wpisywano wszystkie zajęcia, w jakich brali udział. Nie dostawali zaliczeń, ale potwierdzenie przystąpienia do egzaminów, które były potrzebne do uzyskania tytułu. Na niektórych stronach zachowały się pieczątki z informacją o opłaceniu czesnego, wpisowego, składek m.in. na bibliotekę, kasę chorych, pomoc akademicką.

Z protokołów postępowania dyscyplinarnego dowiadujemy się, że młodzież wcale nie była tak dobrze wychowana, jakby się mogło wydawać. Zdarzały się sfałszowane wpisy w indeksach, awantury w miejscach publicznych, nieopłacanie stancji, a nawet pojedynki, które były surowo zabronione. W tych ostatnich brali udział członkowie korporacji studenckich, znanych z kultywowania kodeksu honorowego. W ogóle korporacje to był osobny świat na uniwersytecie. Istniało ich ponad 30, każda miała swoje inicjały i barwy. Korporacja Bartia za cel przyjęła propagowanie dostępu Polski do morza, Silesia głosiła polskość Śląska, Justitia skupiała prawników, a Esculapia medyków. Przyjacielsko-kulturalne stowarzyszenia miały elitarny charakter z mocno zhierarchizowaną strukturą. Wstąpić w szeregi ich członków nie było łatwo - trzeba było wykazać, że pochodzi się z rodziny chrześcijańskiej do trzech pokoleń wstecz! Podejrzenie o żydostwo pozbawiało kandydata wszelkich szans na dostanie się do bractwa. Przynależność do korporacji łączyła się z restrykcjami, czasem głęboko ingerującymi w życie prywatne. Zachował się list, w którym bracia odradzają studentowi zawarcie małżeństwa z dziewczyną. Korporacja “prześwietliła” jej rodzinę i odkryła, że ojciec wybranki dorobił się majątku w nieuczciwy sposób. Korporacje miały też zalety - były swoistymi grupami wsparcia ułatwiającymi zrobienie kariery. Absolwenci, którzy coś osiągnęli w życiu pomagali studentom dostać się na praktyki zawodowe lub zdobyć odpowiednią pracę.

 

Czytaj też: Zygmunt Czubiński. Żegnała go cała przyroda polska

 

Najbardziej polski uniwersytet

Przed wojną w Poznaniu uczyli się głównie młodzi z Wielkopolski i Pomorza, jeden z rektorów chlubił się nawet, że nasza uczelnia jest najbardziej polskim uniwersytetem w Rzeczpospolitej. Jednak już wtedy przyjeżdżali studenci ze Lwowa, gdzie przecież działał uniwersytet z tradycjami. - Być może uważali, że nowy uniwersytet będzie bardziej liberalny pod względem rekrutacji - wyjaśnia kierownik Archiwum UAM, Anna Domalanus. - Od początku uczelnia borykała się z niedostateczną ilością pomieszczeń dla słuchaczy, senat postanowił nawet wystąpić do ministerstwa z wnioskiem o ograniczenie liczby przyjęć, na co otrzymał odpowiedź, że żaden z uniwersytetów nie czynił podobnych starań i Ministerstwo Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego nie widzi sensu, żeby nasz uniwersytet wprowadzał takie ograniczenia.

W latach 30. do Poznania zjeżdżali Ukraińcy. Z dokumentów wynika, że wielu z nich skończyło seminarium duchowne. Mieli utrudniony dostęp do nauki, a że seminaria dawały im możliwość zdobycia wykształcenia średniego, dlatego do nich uczęszczali. Później studiowali najczęściej na Wydziale Matematyczno-Przyrodniczym. Co ciekawe kobiety miały wstęp na każdy wydział, w niektórych rocznikach było ich nawet więcej niż panów.

Dom akademicki im. Chądzyńskiego, ul. Słowackiego 20 w Poznaniu, fot. Archiwum UAM

Na zdjęciu: dom akademicki im. Chądzyńskiego, ul. Słowackiego 20 w Poznaniu, fot. Archiwum UAM

Oprócz stancji studenci mieli do dyspozycji dom studencki “Hanka” i kilka mniejszych akademików mieszczących się w kamienicach. Przy ul. Słowackiego 20 mieścił się dom dla studentek ofiarowany uniwersytetowi przez lekarkę Julię Chądzyńską, wdowę po dr. Janie Chądzyńskim. Niektórzy profesorowie wynajmowali pokoje w budynkach dydaktycznych wyróżniającym się studentom, którzy awansowali na asystentów. W latach 20. jedzenie do stołówki studenckiej i węgiel dowożono wozem zaprzęgowym - w protokołach posiedzeń senatu znajdują się bardzo szczegółowe dane dotyczące zakupu konia dla uniwersytetu, w późniejszych czasach zastąpił go rzecz jasna samochód.

 

Emanuela na dwóch tajnych uniwersytetach

Nie cała uniwersytecka dokumentacja dotrwała do naszych czasów. Podczas okupacji akta osobowe pracowników, protokoły posiedzeń senatu, część akt studentów spakowano do pociągu, który pojechał na Wschód i zaginął po drodze. To, co zostało w budynkach uniwersyteckich zostało zabezpieczone przez okupanta. Hitlerowcy być może chcieli wykorzystać te dokumenty do tropienia ludzi zajmujących się propolską działalnością.

Choć w archiwum nie ma akt dotyczących tajnego Uniwersytetu Ziem Zachodnich to w teczkach powojennych studentów odnajdujemy informacje na jego temat. Maria Okońska, w przyszłości bliska współpracownica kardynała Stefana Wyszyńskiego, studiowała pedagogikę z psychologią i pisała pracę magisterską u samego rektora UZZ prof. Ludwika Jaxy-Bukowskiego (“O powołaniu wśród dziewcząt na podstawie ankiet przeprowadzonych w sodalicji żeńskiej w Warszawie w latach 1939-44”). Zachowały się zaświadczenia profesorów, którzy potwierdzają jej edukację przed i podczas okupacji. Ambitna dziewczyna jednocześnie studiowała polonistykę na tajnym Uniwersytecie Warszawskim, co łączyło się z dużym ryzykiem. Ze względu na bezpieczeństwo pracy konspiracyjnej nie pozwalano uczyć się na dwóch kierunkach w różnych uniwersytetach. Podczas powstania Maria Okońska pod pseudonimem Emanuela organizowała modlitwy i podtrzymywała na duchu mieszkańców. W 1945 roku kontynuowała naukę na uniwersytecie w Poznaniu, a rok później otrzymała dyplom magistra filozofii w zakresie pedagogiki. Dalszy los absolwentki związany już jest ściśle z Kościołem - studiowała na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim i na Uniwersytecie Warszawskim (teologię katolicką), założyła Instytut życia konsekrowanego. Nazywana duchową córką prymasa tysiąclecia była jedynym świadkiem złożenia jasnogórskich ślubów narodów w 1956 roku. Przez lata pracowała w sekretariacie prymasa, a po jego śmierci skupiała się na zachowaniu jego dziedzictwa, redagowała jego przemówienia i homilie, który pozostawił w swoim archiwum.

 

 

 

 

 

Sto lat UP Ogólnouniwersyteckie
Zobacz podobne

Ten serwis używa plików "cookies" zgodnie z polityką prywatności UAM.

Brak zmiany ustawień przeglądarki oznacza jej akceptację.